Zwycięstwo ignorancji i buty
Obejrzałem uważnie wszystkie trzy odcinki niemieckiego serialu „Nasze matki, nasi ojcowie” – po części z obowiązku dziennikarskiego.
Przez cały czas serialu ofiarami hitlerowskich represji są miejscowi Żydzi, natomiast nie ma scen okrutnego prześladowania aryjskiej ludności miejscowej. Najwyraźniej autorzy serialu, jak ogół społeczeństwa niemieckiego, przyjęli do swej świadomości winę Niemiec wobec Żydów, ale wciąż nie dociera do nich ogrom win niemieckich wobec ludności terenów okupowanych. Nie ma scen zorganizowanego terroru wobec ludności miejscowej. Obawiam się, że nie przypadkowo.
W serialu drugim ważną rolę odgrywa historia żydowskiej pielęgniarki, a de facto lekarki zatrudnionej w niemieckim szpitalu wojskowym. Jej żydowska narodowość wychodzi na jaw, dzięki zdjęciu rodzinnemu z żydowskim świecznikiem – menorą. Jest to kolejny dowód ignorancji historycznych konsultantów. Lekarka na zdjęciu jest w mundurze Armii Czerwonej, a w czasach stalinowskich przed II wojną światową wszelka religia (prawosławna, muzułmańska, żydowska) były w ZSRS zabronione. Za menorę mogli wyrzucić z komsomołu, a w następstwie tego – z wojska czy z pracy. Natomiast każdy obywatel sowiecki miał dowód osobisty ( po rosyjsku – paszport), w którym obok nazwiska, imienia i imienia ojca oraz daty i miejsca urodzenia jako punkt piąty figurowała narodowość przekazywana po rodzicach. Ta lekarka mogła zachować jakieś dokumenty z podaną narodowością żydowską, na podstawie której nastąpiłaby identyfikacja. Tu znowu zawiedli konsultanci historyczni, którzy najwyraźniej tego wszystkiego nie wiedzieli.
W odcinku trzecim najwięcej kontrowersji wywołuje pokazanie oddziału Armii Krajowej jako zbiorowiska antysemitów. Co więcej, chłop zaopatrujący partyzantów w żywność również jest antysemitą i dowódca oddziału tłumaczy się przed nim, że w oddziale nie ma Żydów. Widać, że ani autorzy scenariusza, ani ich konsultanci nigdy nie mieli do czynienia z partyzantką. Poza tym wygląda, że współcześni Niemcy mieliby ochotę podzielić się odpowiedzialnością za zagładę Żydów z innymi narodami europejskimi. W Armii Krajowej mogli się trafiać pojedyńczy antysemici, ale mordowanie Żydów – to była polityka III Rzeszy. Pokazywanie w scenariuszu przypadkowego oddziału leśnego AK jako zbiorowiska antysemitów, to wyraźne nadużycie propagandowe autorów scenariusza, zwłaszcza w przypadku rozbicia pociągu z więźniami obozu koncentracyjnego w pasiakach. Autorzy scenariusza ponadto nie zdają sobie sprawy, że na terenie okupowanej przez Niemców Polski większym prawdopodobieństwem było, że więźniowie w wagonie – to Polacy.
Wiem, że polski epizod w serialu jest wynikiem pewnego przypadku, zmiany planów. Nie usprawiedliwia to autorów serialu, gdyż nie zadali oni sobie trudu zorientowania się czym była niemiecka okupacja w Polsce. Pomijając już zagładę polskich Żydów, naród polski został dosłownie zdziesiątkowany przez niemiecki terror – zginęła 1/10 ludności polskiej, ponad 3 mln Polaków, w większości ludności cywilnej. Oprócz tego Polska krwawiła na wszystkich frontach II wojny światowej - od kampanii wrześniowej 1939 r. po krwawy szturm Berlina. Zaś Armia Krajowa była krajową czyli partyzancką formacją polskich sił zbrojnych podległych polskiemu rządowi w Londynie i zarazem zbrojnym ramieniem Polskiego Państwa Podziemnego. W dowództwie AK i w kierownictwie Polski Podziemnej nie było antysemityzmu. Co więcej jedną z komórek Polskiego Państwa Podziemnego była „Żegota” niosąca pomoc mordowanym przez Niemców Żydom.
Nauczeni gorzkim doświadczeniem Niemcy starają się nie zadzierać z Rosją, ale pozwalają sobie na lekceważenie uczuć Polaków.
Na kilka uwag zasługuje rozmowa, którą w związku z pokazem serialu w polskiej telewizji, przeprowadził korespondent TVP w Niemczech z konsultantem historycznym serialu prof. Juliusem Schoepsem. Wyznał on polskiemu rozmówcy, że jest niemieckim Żydem i obawiam się, że była to jedyna kwalifikacja, dla której został zaangażowany jako konsultant serialu. Jest on kompletnym ignorantem w polskich sprawach, gdyż jako dowód powszechnego polskiego antysemityzmu przytacza przypadek Jedwabnego oraz pogrom w Kielcach. Ani z jednym, ani z drugim Armia Krajowa nie miała nic wspólnego. Mord w Jedwabnem – to dzieło niemieckiego kommanda, które zmobilizowało do akcji kilkudziesięciu okolicznych rzezimieszków. Żaden z nich nie zhańbił się później udziałem w dość licznej na tych terenach partyzantce. Natomiast pogrom w Kielcach – mimo oskarżeń komunistycznej propagandy pod adresem czarnej reakcji nie był dziełem rąk antykomunistycznego podziemia rodem z AK, lecz komunistycznej bojówki z pobliskiej huty oraz oddziału KBW dowodzonego przez sowieckiego oficera w polskim mundurze. Przecież tzw. pogrom zakończył się w chwili, gdy sowiecki oficer spojrzał na zegarek i powiedział: nu, chwatit. Nadzór nad tym prowadził szef WUBP tow. Władysław Spychaj-Sobczyński , organizator nieco wcześniej „pogromów” w Rzeszowie i Krakowie. Wykazywał on odpowiednią pilność w wykonywaniu odgórnych poleceń z NKWD, ale zadowalał się kilkoma żydowskimi trupami, więc efekt tej pracy palił na panewce. W Kielcach jego przełożony z NKWD powiedział dobitnie „podożdi !”, gdy Spychaj chciał przedwcześnie kończyć propagandową imprezę po kilku zaledwie trupach. A chodziło o to, by po sfałszowanym przez ekipę tow. Wiesława referendum pokazać światu, że Polaczki nie dojrzeli do demokracji, gdyż są krwiożerczymi antysemitami.
Dziś te komunistyczne bzdury powtarza bona fide żydowski konsultant lekceważącego polski Ruch Oporu serialu niemieckiego. Powtarza byle co, ponieważ przyłapano go na gorącym uczynku i musi się jakoś usprawiedliwić. A usprawiedliwienia nie ma, bo jak powiedział Benedykt Spinoza ignorancja nie jest argumentem.