Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Grzegorz Wierzchołowski,
08.05.2013 15:20

Rogalski broni kłamstwa smoleńskiego

Jak z wykpiwanego adwokata Jarosława Kaczyńskiego stać się rozchwytywanym przez media prawnikiem? Wystarczy uderzyć w swojego byłego klienta, znienawidzonego przez układ III RP, i w jego polityczne otoczenie.

Jak z wykpiwanego adwokata Jarosława Kaczyńskiego stać się rozchwytywanym przez media prawnikiem? Wystarczy uderzyć w swojego byłego klienta, znienawidzonego przez układ III RP, i w jego polityczne otoczenie. Ofiarą karykaturalnej metamorfozy Rafała Rogalskiego padli nie tylko Jarosław Kaczyński i Antoni Macierewicz, lecz także prawda o katastrofie smoleńskiej.

Jeszcze niedawno mecenas Rogalski domagał się, by w płucach ekshumowanych ofiar katastrofy smoleńskiej szukać śladów helu, twierdząc, że ten pierwiastek mógł być rozpylony w Smoleńsku przed lądowaniem Tu-154M. Sugerował też, że w związku z pełnioną przez niego funkcją Rosjanie czyhają na jego życie. Innym razem powtarzał, że zasadność hipotezy zamachu opiera się na co najmniej 10 przesłankach i że do kategorycznego wykluczenia zamachu potrzebny jest wrak samolotu.

Dziś Rogalski odżegnuje się od tych wypowiedzi, broniąc raportu komisji Jerzego Millera („przyczyny katastrofy, co do zasady, są trafnie pokazane") i dezawuując ustalenia ekspertów Antoniego Macierewicza. Wychodzi mu to jednak równie nieporadnie, jak opowiadanie o bombie helowej.

„Stwierdzono" brak odkształceń

Pierwszy antyzamachowy argument Rogalskiego brzmi: „Na samolocie nie ma śladów eksplozji bomby. W czasie wybuchu powstają charakterystyczne odkształcenia kadłuba. Takich odkształceń nie stwierdzono".

Nie stwierdzono? Dr inż. Wacław Berczyński, były konstruktor działu wojskowo-kosmicznego Boeinga, przeprowadził analizę naprężeń w elementach Tu-154M po jego rozpadzie. – Struktura samolotu, części jego powłoki podlegały ciśnieniom, które nie były przewidziane w konstrukcji. Musiała być jakaś duża siła, a raczej – nazywajmy rzecz po imieniu – eksplozja, która spowodowała wyrwanie nitów, a następnie rozerwanie poszycia – powiedział.

A jeżeli dr Berczyński jest dla mecenasa Rogalskiego niewiarygodny – ma przecież konszachty z Antonim Macierewiczem – to odsyłam do badań prof. Jana Obrębskiego z Politechniki Warszawskiej, który ze smoleńskim zespołem parlamentarnym nie ma nic wspólnego. Prof. Obrębski, dokonując na ubiegłorocznej konferencji poświęconej katastrofie smoleńskiej opisu sposobu zniszczenia małego fragmentu Tu-154M nr 101, stwierdził, że przyczyną katastrofy musiał być wielopunktowy wybuch. Dowiódł tego poprzez dokładne oględziny fragmentu samolotu, zdeformowanego w sposób niepozostawiający wątpliwości: badana część była porozrywana, niektóre ze znajdujących się w niej nitów zostały wyrwane, a krawędzi blach – wywinięte. – Zniszczenia pochodzą według mnie od eksplozji. Im dłużej to oglądam, tym jestem bardziej pewny. Można podejrzewać, że była to dobrze przygotowana, wielopunktowa eksplozja, która np. odcięła skrzydło – mówił o wynikach swoich badaniach uczony.

Jak badano pancerną brzozę

Rafał Rogalski przekonał się w ostatnim czasie także do innej oficjalnej tezy. Chodzi, rzecz jasna, o uderzenie Tu-154 w słynną brzozę, której „tożsamość" jeszcze w grudniu 2012 r. sam kwestionował. Teraz mecenas nie ma już wątpliwości. „Tak, w wyniku uderzenia w brzozę doszło do urwania części skrzydła". Co więcej – pierwsze czynności związane z brzozą „wykonano już jesienią 2011 r. Teraz badano ją po raz drugi".

Rogalski zapomniał dodać, że skutkiem tych czynności były zaskakujące różnice w pomiarach drzewa. Według prokuratury brzoza została ścięta na wysokości 6,66 m, według komisji Millera – 5,1 m.

Prawnik nie wspomniał też, że w ciągu kilku pierwszych dni po katastrofie kawałki metalu pojawiały się w „pancernej brzozie" i z niej znikały, co utrwalili różni fotografowie (zdjęcia te były publikowane m.in. przez „Rzeczpospolitą" oraz organizatorów konferencji smoleńskiej). Jakby tego było mało, próbki z drzewa pobrano dopiero w październiku 2012 r., czyli 30 miesięcy po katastrofie, co prof. Chris Cieszewski z Warnell School of Forestry and Natural Resources, University of Georgia w USA, skomentował w rozmowie z „Gazetą Polską" następująco: „Przez ten cały okres drzewo narażone było na działanie rozmaitych czynników meteorologicznych: słońca, opadów deszczu i śniegu, wilgoci oraz patogenów. Drewno wystawione na takie warunki poddaje się szybkim zmianom [...].
W związku z tym nie jest możliwe uzyskanie miarodajnych wyników badań, dotyczących właściwości tej brzozy w kwietniu 2010 r.".


Zejście poniżej 100 metrów

W wywiadzie dla „Rzeczpospolitej" Rafał Rogalski obwieścił: „Główni odpowiedzialni za katastrofę smoleńską zginęli na pokładzie tupolewa", a jako „decydujący element" katastrofy, obciążający załogę, wymienił sprowadzenie samolotu do wysokości poniżej 100 m.
Wynika stąd, że mecenas w ciągu kilku miesięcy zapomniał o dwóch istotnych faktach. Po pierwsze, dowódca tupolewa Arkadiusz Protasiuk podjął na przepisowej wysokości 100 m decyzję o przerwaniu podejścia do lądowania i odejściu na tzw. drugi krąg. Protasiuk powiedział: „Odchodzimy", po czym komenda ta została potwierdzona przez drugiego pilota – mjr. Roberta Grzywnę.

Procedury zostały zatem dochowane, a samolot zszedł poniżej 100 m nie w wyniku celowego działania załogi, lecz z innych powodów. Po drugie, załoga Tu-154M wiedziała, co robi, próbując odejść na tzw. drugi krąg przy użyciu autopilota, chociaż lotnisko w Smoleńsku było pozbawione systemu lądowania ILS. Możliwość tzw. odejścia w automacie na lotnisku pozbawionym ILS potwierdził eksperyment, jaki przeprowadzono w 2011 r. na bliźniaczym tupolewie (nr 102). Piloci wiedzieli też, jak to się robi. Sam Maciej Lasek, odpowiadając na jedno z pytań na konferencji ekspertów w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą (28 maja 2012 r.), stwierdził wprost, że kpt. Protasiuk kilkakrotnie wykonywał odchodzenie z autopilotem bez systemu ILS.

Czyżby więc mecenas Rogalski z trzyletnim opóźnieniem dostał rządowego SMS-a o treści: „Katastrofę spowodowali piloci, którzy zeszli we mgle poniżej 100 m. Do ustalenia pozostaje, kto ich do tego skłonił"?

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej