Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Jerzy Lubach,
13.11.2020 18:00

Turcy znowu pod Wiedniem?

Od kiedy 9 listopada pisałem w notce „Karabach znów azerski” o zdobyciu przez Azerbejdżan kluczowego miasta Şuşa, sytuacja w tym regionie uległa znacznej komplikacji. Wprawdzie obrona terenów okupowanych przez Ormian całkowicie się załamała, a masy uchodźców runęły do Armenii nie tylko z okolic Şuşy, lecz także stolicy samozwańczej Republiki Arcach – Stepanakertu, okazało się jednak, że prezydent Azerbejdżanu İlham Əliyev nieco się pospieszył, ogłaszając odbicie całego Karabachu, gdyż do gry wmieszała się Rosja.

Rosja co prawda poprzednio pozostawiła swojego jedynego wiernego sojusznika, Armenię, bez realnej pomocy wojskowej, ale teraz niespodziewanie chyba dla obu walczących stron wprowadziła swoje oddziały „wojsk pokojowych”, narzucając ponoć ustalony wspólnie z nimi i Turcją plan pokojowy.

Kłopoty Paszyniana i pozorny sukces Rosji

Spowodowało to natychmiast gwałtowne zamieszki w Armenii, gdzie niedawnego wybrańca ludu premiera Paszyniana za wymuszone podpisanie tego „porozumienia” okrzyknięto zdrajcą, a tenże lud dokonał ataku na budynki parlamentu, demolując gabinet premiera. Co prawda Ormianie czują się jeszcze bardziej zdradzeni przez Rosję, ale niemal pewne jest obalenie pod takim czy innym zarzutem nielubianego w Moskwie rządu Paszyniana i zamontowanie w jego miejsce całkowicie już prorosyjskiej administracji.

Część obserwatorów uznaje to za sukces Rosji – utworzenie kosztem i Armenii, i Azerbejdżanu drugiego Naddniestrza. Jednak nawet niektórzy rosyjscy politolodzy uważają, że to nie jest żaden sukces, tylko rozpaczliwa próba zachowania twarzy przez podupadające mocarstwo. Zwłaszcza że umowa pokojowa jest gwarantowana wspólnie przez Rosję i Turcję, mocno wspierającą Azerbejdżan, który faktycznie odzyskał większość terenów okupowanych od 1992 r. Szczegóły tych zakulisowych umów nie są znane i praktyka pokaże, co się stanie dalej w tym regionie Kaukazu.

Niepokojący wywiad

Moi azerbejdżańscy koledzy dziennikarze zwrócili mi uwagę na przeoczony przez większość obserwatorów wywiad, jakiego premier Armenii Nikol Paszynian udzielił w przededniu ostatecznej klęski „Bildowi”, skarżąc się na brak wsparcia Europy. „Jeśli społeczność światowa dokona nieprawidłowej oceny geopolitycznej obecnej sytuacji w Górskim Karabachu, to przyjdzie Europie oczekiwać Turcji pod Wiedniem!” – mówił.
Słowa te nabrały dziwnego wydźwięku kilka dni później, po zamachu terrorystycznym w Wiedniu, który kosztował życie pięciu obywateli Austrii, dokonanym przez młodego islamistę. Tenże „Bild” doniósł, że austriacka policja zatrzymała kilkanaście osób podejrzanych o współdziałanie z terrorystami, m.in. obywateli Federacji Rosyjskiej. Może więc ową zapowiedzianą Turcję pod Wiedniem zorganizowały nie jakieś tureckie Szare Wilki, właśnie zdelegalizowane w Austrii i Francji, lecz specjaliści z Łubianki? Rosja wprawdzie oficjalnie odmówiła Armenii wsparcia w walce o wciąż w świetle prawa międzynarodowego azerbejdżański Karabach, odwołując się do punktu układu sojuszniczego mówiącego tylko o „obronie terytorium Armenii”, ale może ją wszak wspierać dyskretnie.

Specyfika Azerbejdżanu

Karabach–Wiedeń, gdzie Rzym, gdzie Krym, ot, spiskowa teoria dziejów! Może. Ale media armeńskie od dłuższego czasu rozpowszechniają wieści, że po stronie azerbejdżańskiej walczą w Karabachu przysłani przez prezydenta Turcji Erdoğana syryjscy dżihadyści, choć żadne obiektywne źródła tego nie potwierdzają. Nie bardzo wiadomo, co mieliby robić na tym specyficznym froncie, gdzie sprawdzają się jedynie specjalnie szkolone jednostki wysokogórskie. Erywań jednak gwałtownie potrzebuje sympatii świata, więc kreuje obraz walki najstarszego kraju chrześcijańskiego z islamem, choć nie ma do tego żadnych racjonalnych przesłanek.

Akurat islamskich ekstremistów w Azerbejdżanie brutalnie spacyfikował, by nie powiedzieć – wykończył, już w latach 90. ojciec obecnego prezydenta Heydr Əlijew, a choć muzułmanie stanowią 97 proc. ludności, kraj ten dla nieznającego tego faktu cudzoziemca niczym mu się z islamem nie skojarzy. Pamiętam, jak wraz ze słynnym podróżnikiem i pisarzem Witoldem Michałowskim staliśmy w centrum Baku i każdego przechodnia pytaliśmy, gdzie się znajduje najbliższy meczet. Po pół godzinie nam się znudziło, bo nikt nie wiedział! Ale już monopolowy – pełen świetnych miejscowych win, koniaków i słynnej morwowej wódki tutowki o mocy 55 proc. – potrafił wskazać każdy.

Kręcąc film o chrześcijaństwie w Azerbejdżanie, mającym równie dawne jak w Armenii tradycje (jeśli nie starsze, bo już w I w. naukę Chrystusa przyniósł na te ziemie św. Elizeusz!), mogłem obserwować nie tylko typowo kaukaskie przywiązanie do trunków, całkowicie ignorujące nauki Mahometa, lecz także autentyczną życzliwość wobec mniejszości chrześcijańskich. Muzułmańscy sąsiedzi wraz z miejscowymi Gruzinami i Rosjanami radośnie obchodzą przy stołach uginających się od jadła i napojów święta prawosławne, niemieckim protestantom zwrócono w centrum stolicy odrestaurowaną przez państwo po sowieckiej dewastacji zabytkową kirchę, a naszego papieża witało entuzjastycznie pół miliona Azerów!

Odrodzenie ottomańskiego imperium

Skąd więc te rozpaczliwe zaklęcia Ormian, nierobiące zresztą większego wrażenia na cynicznej i antyreligijnej Europie? Bo tym razem Azerbejdżan odzyskuje stopniowo ziemie utracone w 1992 r. i chodzi tu nie tylko o sam Karabach, lecz i podbitych przez Ormian „przy okazji” siedem innych azerskich regionów. Armia azerska odbiła już wszystkie tereny graniczące z Iranem, co powoduje, że jedyną drogą łączności ze światem – i Rosją – pozostaje szlak przez Gruzję. Tbilisi utrzymuje poprawne stosunki z obydwiema walczącymi stronami, ale to współpraca ekonomiczna z Azerbejdżanem stanowi podstawę ekonomiki kraju – azerska ropa z Morza Kaspijskiego płynie przez Gruzję do portu Poti, przynosząc z tranzytu niemałe zyski. Dlatego gruzińskie służby praktycznie zamknęły granicę z Armenią, nie przepuszczając np. ogromnych transportów wielkich opon, zebranych przez miejscowych Ormian, które miały posłużyć ich rodakom w Karabachu do budowania tymczasowych bunkrów w górzystym terenie.

Dlaczego piszę o tym tak szczegółowo? Co to ma wspólnego z wielką polityką? Jednak ma – i nie tylko o ową Turcję pod Wiedniem chodzi, lecz o stosunki z Turcją zarówno państw europejskich, jak i USA. Jesteśmy wszak wszyscy sojusznikami w NATO, a tu prezydent Erdoğan postępuje na wszystkich frontach tak, jakby miał owych sojuszników gdzieś. O ile na Kaukazie ograniczył się do bardzo mocnego, lecz jedynie werbalnego wsparcia Azerbejdżanu, ucierając nosa Rosji, to sytuacja w bliższym nam regionie Morza Śródziemnego już nie wygląda najlepiej. I to zarówno w sferze symboli, jak i realpolitik.

Demonstracyjne ponowne zislamizowanie najstarszej chrześcijańskiej świątyni Hagia Sophia spowodowało bezsilne protesty jedynie Kościołów – katolickiego i prawosławnego, ale ostatnio dążący do odrodzenia ottomańskiego imperium prezydent Turcji wszedł w otwarty konflikt już nie tylko z Grecją i Cyprem, lecz także z Francją. Pretekstem są ohydne, trzeba przyznać, karykatury Mahometa i samego Erdoğana, ale rzeczywiście idzie o ogromne zasoby gazu i ropy na wodach uznawanych za własne terytorialne przez kilka państw, w tym Turcję.

Przez lata wmawiano nam, że dzięki UE w Europie od ponad pół wieku nie ma wojen, ignorując krwawe rzezie w rozpadającej się Jugosławii i rosyjskie napaści na Gruzję i Ukrainę. Warto więc pamiętać, że I wojna światowa zaczęła się z powodu wydarzeń na głuchej bałkańskiej prowincji, a i Gruzja, i Azerbejdżan – o czym pewnie nie wszyscy wiedzą – też znajdują się w Europie.

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej