Tropiki już mamy nawet w zacofanej Polsce, nawet w naszej troglodyckiej wsi pod Pułtuskiem i gnębi nas zmora Peerelu – klęska urodzaju! Kwasimy więc z żoną na wyprzódki kolejne ogóry, a choć sznurka do snopowiązałek już nie brak, to refleksje o czasach młodości, gdy jego notoryczny brak był stałym letnim hitem prasowym, nachodzą przaśnego filozofa w gumofilcach, czyli autora tych bluzgów prasowych.
Żelazna miotła w kącie rdzewieje
Na marginesie wyjaśniam, że nazywając tak żartobliwie moje felietony umieszczane w necie, nie chciałem nikogo zachęcać do używania – Boże broń! – brzydkich słów. Nie, chodziło mi właśnie o oddanie udręk kulturalnego w miarę publicysty konserwatywnego, który reagując na zwyrodniałe, chamskie, podłe, urągające godności ludzkiej ekscesy tzw. opozycji totalnej (czyli totalitarystów) i ich różnobarwnych – czerwonych i tęczowych bojówek, nadludzkim wysiłkiem woli powstrzymuje się od użycia jedynego adekwatnego języka w odpowiedzi. Wciąż więc mi brzmi pocieszająco (bo już się go nie da ocenzurować!) słynny „Bluzg” na sowieckiego sługusa Jaruzela z czasów stanu wojennego, dostępny w sieci w genialnym wykonaniu Emiliana Kamińskiego:
„Przebrzydła szumowino, / pachołku moskiewski, / ty farbowana świnio, / marszałku kurewski, / chamie zbuntowany, / zatęchła sklerozo, / gnoju zasmarkany, / zdrajco, zomozo, / gnido zarzygana, / jadowita mendo, / ty kukło gówniana, / kacapska przybłędo…”.
Juliusz Słowacki, wzywający, „aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa, a czasem był jak piorun, jasny, prędki”, byłby zachwycony! Cóż, to był vox populi – głos ludu, nam teraz tak nie wolno, trzeba z nieczystościami obchodzić się w białych rękawiczkach, choć tak naprawdę powinno się użyć w życiu społecznym żelaznej miotły, by „oczyścić dom ze śmieci”, jak radził inny znany nacjonalista (a może już i „nazista”?) Adam Mickiewicz. Miotła w kącie rdzewieje, może stąd ów smutek? Bo po co pisać – w rękawiczkach czy bez – skoro tak naprawdę przychodzi powtarzać wciąż to samo?
Ano, chyba po to choćby, by przypominać starszym, a młodszym próbować uświadamiać, że wszystko już było. Już byli polscy patrioci „zaplutymi karłami reakcji”, których torturowano i których mordowali jako „polskich faszystów” kumple tow. Jaruzelskiego, według antypolskich partii „człowieka honoru”, janczarzy komuny jak major Baumann, dziś dla postępaków autorytet moralny, było plucie na Kościół, polską tradycję – „ciemnogród”, właściwie na Polskę jako taką. Poza lumpami, którzy z nadania Sowietów dorwali się do władzy nawet po 30 latach PRL, mało kto w głoszone przez nich brednie i świństwa wierzył, ale poza okresowymi zrywami lud znosił to w ponurym milczeniu, bo się bał – „oni” naprawdę mieli za sobą siłę, którą realistyczne myślenie musiało uznawać za niemożliwą do pokonania.
Społeczeństwo zniewieściałych kłamców
A jednak nastał Sierpień! Dziś obchodzimy czterdziestolecie urodzin Solidarności, która była powszechnym buntem nie wyrafinowanych intelektualistów (nic im nie ujmując), ale zwykłych ludzi, owej „milczącej większości”, milczącej zazwyczaj ze strachu lub konformizmu. Pewnego dnia mieli oni dość poniewierania ich godnością i powstali przeciw kłamstwu oraz zniewoleniu.
Angielski pisarz i konserwatywny publicysta Theodore Dalrymple, z zawodu – co istotne – psychiatra, zadziwiająco przenikliwie jak na człowieka z Europy Zachodniej zdiagnozował to zjawisko:
„W trakcie moich badań nad społeczeństwami komunistycznymi doszedłem do wniosku, że celem komunistycznej propagandy nie jest perswadowanie ani przekonywanie, ani też informowanie, tylko upokarzanie; stąd czym mniej ma ona wspólnego z rzeczywistością, tym lepiej. Kiedy ludzie są zmuszani do zachowania milczenia w obliczu najoczywistszych kłamstw, albo gorzej, kiedy są zmuszani do powtarzania ich wbrew sobie, raz na zawsze tracą poczucie uczciwości. Godzić się na oczywiste kłamstwa jest w pewnym sensie tożsame z powolnym stawaniem się złym człowiekiem. Zdolność do stawiania oporu zaczyna w człowieku podlegać erozji, aż w końcu zostaje zniszczona. Społeczeństwo zniewieściałych kłamców daje się łatwo kontrolować. Myślę, że jeżeli przeanalizujemy polityczną poprawność, ma ona taki sam efekt i w takim też celu jest zamierzona” [podkreślenia moje – J.L.].
Czyż nam – spadkobiercom Solidarności z 1980 r., której uczestnicy gotowi byli w imię godności człowieka i Polaka na ponoszenie wielkich ofiar, aż do ofiary z życia, nam, potomkom żołnierzy z 1920 r., którzy powstrzymali pochód czerwonej tyranii na Polskę i Europę – wolno się przestraszyć siejących czerwono-genderowy terror ideologii owej politpoprawności? Na naszych oczach z polskiej młodzieży, której rówieśnicy szli kiedyś do Legionów, jako ochotnicy na front w 1920 r., do powstania w 1944 r., wznosili sztandar Solidarności w 1980 r., nie polskie, za to antypolskie media w przyspieszonym tempie hodują nowych komsomolców czy hunwejbinów, owo wymarzone przez nich „społeczeństwo zniewieściałych kłamców”.
Wspierać walczących z Imperium Zła
Braci Białorusinów, buntujących się dzisiaj przeciw dyktaturze w imię tej samej ludzkiej godności, niektórzy polscy myśliciele pouczają z wyżyn swojego intelektu, żeby za bardzo nie podskakiwali, bo zagrożą „stabilności” w naszej części Europy. Tak samo pouczali nas Niemcy i Francuzi w czasach solidarnościowego powstania i tylko wielki Ronald Reagan rozumiał, że zawsze i wszędzie trzeba wspierać walczących z Imperium Zła. Tylko że trzeba pierwej mieć świadomość istnienia tego Zła! Zwykli ludzie wyczuwają je instynktownie, więc nie doradzajmy teraz z wyższością dzielnym Białorusinom wykorzystania „polskiego doświadczenia transformacji”, jakichś okrągłych stołów i reform w stylu Jaruzelsko-Balcerowiczowskim, bo chyba nie życzymy im zakonserwowania i utrwalenia Zła, przeciw któremu dziś walczą? Polska jest dla moich ukraińskich, białoruskich czy gruzińskich przyjaciół symbolem zwycięstwa nad komunistyczną i moskiewską opresją, przykładem ewidentnego sukcesu, ale nie zdają sobie oni sprawy z kosztów, jakie ponieśli Polacy. Po 30 latach tych „reform” musimy nadal walczyć z okopanymi w sądach, uniwersytetach, mediach wewnętrznymi wrogami Polski i polskości – ustawionych przez dziadków i ojców potomków komuchów, ubeków, przefarbowanych na Polaków osobników z wrogiego kraju. Czy tego samego życzymy braciom Białorusinom? Nie!
„Smutno mi, Boże!” – pisał wspomniany już Juliusz Słowacki, a wtórował mu jeszcze smętniej „czwarty wieszcz” Cyprian Kamil Norwid: „Źle, źle zawsze i wszędzie. Ta nić czarna się przędzie: Ona za mną, przede mną i przy mnie...”.
Depozyt wiary
No i jest smutno i źle. Parafrazując Norwida z finału tegoż wiersza: napisałem – „i jeszcze mi smutniej”. To może jednak wyciągnąć z kąta żelazną miotłę i choćby w rękawiczkach zacząć jednak roboty asenizacyjne? Skoro bowiem wykazałem, że prawicowiec jest „i cytaty, i pisaty”, możemy tę antologię ważkich cytatów zakończyć odwołaniem do naszego jedynego Autorytetu, który „przebrzydłe szumowiny” chcą dziś zapędzić do swoich marszów degeneracji:
„I rzekł do uczniów Swoich: Niepodobna jest, aby zgorszenia przyjść nie miały; lecz biada temu, przez kogo przychodzą. Pożyteczniej by mu było, gdyby kamień młyński zawieszono na szyi jego i wrzucono go w morze, niż żeby miał zgorszyć jednego z tych malutkich” [Biblię cytuję zawsze wyłącznie w przekładzie ks. Wujka – J.L.].
W swoim słynnym liście z lutego 2019 r. papież emeryt Benedykt XVI, znany z precyzji w myśleniu teologicznym, wyjaśnia nam wszystkim te słowa:
Wyrażenie „mali” w języku Jezusa oznacza zwykłych wierzących, którzy mogą być wprawieni w konfuzję w swojej wierze intelektualną arogancją tych, którzy myślą, że są inteligentni. A więc tutaj Jezus chroni depozyt wiary stanowczą groźbą kary dla tych, którzy wyrządzają mu szkodę. [podkreślenie moje – J.L.].
I drugi: „Nie mniemajcie, że przyszedłem pokój zsyłać na ziemię. Nie przyszedłem zsyłać pokoju, ale miecz”.
Zatem – do broni!