Jeśli dziś jesteśmy przez zarazę jak pustelnicy odizolowani od społeczności, to nie dzieje się tak z naszej woli, ale w wyniku odgórnych restrykcji. Tymczasem warto sobie w tych okolicznościach przypomnieć, że zawsze znajdowali się ludzie, którzy porzucali swoją wspólnotę z własnej i nieprzymuszonej woli. Jeśli zaś sądzisz, drogi Czytelniku, że to sprawa zamierzchłej przeszłości, to się mylisz.
Ucieczka od Nowego Wspaniałego Świata
Materiał do rozmyślań daje serial dokumentalny BBC „Życie na pustkowiu” poświęcony ludziom, którzy z różnych przyczyn postanowili uciec od cywilizacji i osiąść na odludziu. Prowadzący Ben Fogle, znany brytyjski podróżnik, pisarz i „osobowość telewizyjna”, człowiek sukcesu, z niezwykłą empatią wczuwa się w swoich bohaterów, u których spędza kilka dni niekiedy w zaiste ekstremalnych warunkach.
Ci nowożytni pustelnicy najczęściej żyją pojedynczo, bez rodzin, które porzucili, rzadko z nowym partnerem, również skuszonym perspektywą ucieczki od zmechanizowanego aż do obrzydliwości naszego Nowego Wspaniałego Świata. W większości byli w nim takimi samymi jak odwiedzający ich Ben „ludźmi sukcesu”, dyrektorami w korporacjach, świetnymi maklerami, zdolnymi prawnikami, którzy w pewnym momencie swego życia dostrzegli, że jest ono w każdym z krajów Zachodu urządzone wedle reguł wyścigu szczurów. Porzucili dotychczasowy tryb życia i osiedli na pustkowiu w najróżniejszych zakątkach naszego globu, od afrykańskiej pustyni, przez dżungle Amazonii, po miniaturowe wysepki na oceanie. Brak elementarnych wręcz wygód rekompensuje im szczęście, jakie towarzyszy realizacji marzeń. A właściwie jednego marzenia – ucieczki od dzisiejszego świata!
Uderzające jest dla myślącego widza, że ani jeden z owych dobrowolnych pustelników – a niezmordowany Ben odwiedził już grubo ponad setkę tych dziwaków – nie kierował się jakimikolwiek motywami religijnymi! Nawet zdobiący standardowo salony zachodniej klasy średniej Budda, nie wspominając już o chrześcijańskich ojcach pustyni, nie wywarł na nich jakiegokolwiek wpływu. Uciekinierzy na pustkowia mętnie przedstawiają jakąś panteistyczną wizję świata, ale i tak nie jest ona czynnikiem decydującym o ich wyborze. Biedny Ben wyłazi ze skóry, usiłując dorobić swoim bohaterom jakieś metafizyczne inspiracje, ale nie jest w tym wiarygodny, bo sam chyba nie wierzy w nic poza tzw. prawdami naukowymi. Bez metafizyki nie ma metafizyki!
Ucieczka po sens życia
Początki ucieczki na pustynię od zepsutego świata wyglądały zupełnie inaczej. Na przełomie III i IV w. po Chrystusie ruch ten paradoksalnie nabrał charakteru niemal masowego. Pierwszy pustelnik, Paweł z Teb, faktycznie żył w samotności (jeśli nie liczyć otaczających go zwierząt), ale już jego bezpośrednich następców stale nawiedzali ludzie z zewnątrz, pragnący słuchać ich nauk. Często stawali się potem uczniami tych mistrzów życia duchowego.
W odróżnieniu od późniejszych o parę wieków mistrzów buddyzmu nie walili oni nierozgarniętych uczniów po głowie w odpowiedzi na każde pytanie, lecz starali się im wskazać drogę poznania sensu życia, która zresztą niby była podówczas powszechnie znana, bo wszak Chrystus sam rzekł: „Ja jestem Drogą, Prawdą i Życiem”.
„Księga Starców” („Gerontikon”) każdą przypowieść o uczniu proszącym Mistrza o wskazówki kończy jednakowo: „I odszedł zbudowany”. A ten prawdziwie zbudowany odchodził niezbyt daleko, czasem tylko za sąsiednią wydmę, gdzie po 40 latach bytowania sam dorabiał się swoich uczniów.
Uznawany za twórcę monastycyzmu św. Antoni Wielki stworzył dla takich jak oni pierwszą regułę zakonną. Znany był też jako obiekt szczególnego kuszenia, co w całej sztuce chrześcijańskiej stało się impulsem do powstania wspaniałych dzieł malarskich, od średniowiecznych ikon, przez Bruegla starszego, po Salvadora Dalego.
Owe pustelnie powstawały nie wokół krajów barbarzyńskich, ale na obrzeżach chrześcijańskiego cesarstwa wschodniego, Bizancjum, gdzie w największej świątyni świata, Hagii Sophii, wyobrażano na mozaikach wszechmocnych cesarzy korzących się przed Chrystusem. A jednak uciekający od tego świata pustelnicy najwyraźniej uważali, że nauka Chrystusa nie jest zachowywana, bo mimo pysznych rytuałów nie wpływa wystarczająco na życie zwykłych ludzi szczerze uważających się za prawdziwych chrześcijan.
Żywoty ojców pustyni zawierają częsty motyw, że „miasto” pożąda ich świętej siły, proponując wyświęcenie na kaznodzieję poruszającego zmarniałego ducha mieszczuchów, a najlepiej na biskupa. I kilku przymuszonych w ten sposób najwybitniejszych teologów starożytności stało się nie tylko biskupami, ale podobnie jak apostołowie natchnionymi przez Ducha Świętego doktorami Kościoła.
Zapatrzyć się w gwiazdy jaśniejące nad pustynią
To, co napisałem wyżej, nie jest czczym popisem erudycji. Byłoby – gdybym sam nie zaznał mocy pustyni. Nie ciągnęło mnie do żadnej „szkoły przeżycia”, ale musiałem takową zaliczyć podczas kilku pobytów na zdjęciach w Afryce, gdzie realizowałem filmy dokumentalne o zapomnianym chrześcijańskim dziedzictwie tego kontynentu. Nie było to na Pustyni Egipskiej, gdzie działali św. Paweł z Teb i Antoni Wielki, nie, to było na obrzeżach chrześcijańskiego świata, w Nubii, dziś Sudanie, na prawobrzeżnym przedłużeniu Sahary, czerwonej po marsjańsku pustyni Bajuda między III a IV kataraktą na Nilu.
Gdy tam przybyłem z kamerą, by dokumentować, jak polscy archeolodzy odkopują spod 500-letnich złogów piasku unikatowe w chrześcijańskiej sztuce ikoniczne malowidła ścienne aż z VIII w., w nędznej wiosce z glinianych lepianek, niegdyś stolicy potężnego państwa, nie było elektryczności. Nawet satelitarne telefony nie działały. Przy średniej temperaturze 38 st. C zdjęcia trzeba było kończyć o godz. 15, bo nawet miejscowi pracujący przy odkopywaniu własnej wspaniałej przeszłości po prostu nie wytrzymywali.
Późnym wieczorem, gdy się nieco ochłodziło, szedłem samotnie na nieodległą bezkresną pustynię. Po zachodzie słońca niebo zdobiły miliardy gwiazd, których nigdy nie widziałem w Polsce. Pustynia – jeśli jej nawet nie zrozumiałem, to ją poczułem. Wiele lat później zrobiłem film o ojcach pustyni, a potem obejrzałem serial BBC o współczesnych pustelnikach.
Zbliża się największe nasze święto – Zmartwychwstania Chrystusa. Tam, na nubijskiej pustyni, Polacy odkryli ikonę zmartwychwstania – anastasis, Chrystusa wyzwalającego z piekła prarodziców. To dzieło z X w., które 500 lat przed Leonardem da Vinci używa perspektywy, i to najbardziej wyrafinowanej – perspektywy głębi. Ale nawet nie wiara różni współczesnych pustelników od świadomych konsekwencji wyboru ojców pustyni. To raczej całkowity brak poczucia humoru, zwłaszcza na własny temat. To cecha charakterystyczna wszystkiego, co sztuczne, samonadęte. A we wspomnianej „Księdze Starców” świątobliwy mąż, który spędził na pustyni kilkadziesiąt przepełnionych ascezą lat, potrafi zadać takie pytanie: „Boże, skoro Ty jesteś wszędzie, to dlaczego ja tak często jestem gdzie indziej?!”.
Obyśmy przed cudem Wielkiej Nocy nie musieli zadawać tego pytania w swoich tymczasowych pustelniach.