Lofoty, czyli norweskie wyspy, które jeszcze kilka dekad temu znało niewielu. Dziś to mekka turystów z całego świata. Selfie z fiordem, nocleg w czerwonym domku rybackim, zorza polarna i kąpiel w lodowatym Atlantyku. Właśnie tak wygląda współczesny krajobraz archipelagu. Tyle że za tym wszystkim stoją rosnące koszty, zniszczona przyroda i frustracja lokalnych mieszkańców.
Władze archipelagu mówią jasno - czas zacząć rozliczać tych, którzy przyjeżdżają tylko pozwiedzać, ale nie zostawiają w regionie żadnych realnych pieniędzy. Jak podaje norweski dziennik „NRK”, w gminie Moskenes (jednej z najbardziej obleganych części Lofotów), urzędnicy zaczęli przygotowywać przepisy pozwalające na wprowadzenie specjalnych opłat turystycznych. Środki mają trafiać bezpośrednio do budżetu gminy i być przeznaczone na utrzymanie infrastruktury, sprzątanie i ochronę środowiska.
Musimy znaleźć sposób na to, by poradzić sobie z ogromną liczbą gości, którzy zużywają nasze zasoby, ale nie płacą za to ani korony
– mówią jednym głosem tamtejsi samorządowcy. Ich zdaniem Lofoty nie są w stanie same finansować napraw dróg, wywozu śmieci i ratownictwa górskiego, z którego coraz częściej muszą korzystać nieodpowiedzialni turyści.
Nie chodzi o to, żeby odstraszać turystów
To nie pierwszy raz, gdy Norwegowie podnoszą temat wprowadzenia lokalnych opłat turystycznych. Już dwa lata temu pojawiły się podobne pomysły, ale dopiero teraz, przy rekordowym sezonie i realnym przeciążeniu, władze lokalne zapowiadają konkretne działania. Chodzi m.in. o pobieranie drobnych opłat za korzystanie z dróg, parkingów czy punktów widokowych. W grę wchodzą także przepustki dzienne lub limity odwiedzin w najbardziej newralgicznych punktach wysp.
Nie chodzi o to, żeby odstraszać turystów. Chcemy po prostu odzyskać kontrolę nad miejscem, w którym żyjemy
– podkreślają włodarze w regionie.
Każdy sezon, to coraz większe obciążenie
Turyści odwiedzający Lofoty najczęściej wynajmują kampery lub samochody i poruszają się samodzielnie po wyspach. W wielu przypadkach zatrzymują się w dzikich miejscach, zostawiając po sobie śmieci i ślady ognisk. Mieszkańcy mówią o potrzebie regulacji tego ruchu. Nie tylko ze względu na środowisko, ale też zwykły komfort życia.
Norwegowie zwracają uwagę, że turystyka masowa zaczyna zjadać swój własny ogon. Szczególnie w miejscach, które nie są przystosowane do obsługi setek tysięcy gości rocznie. Lofoty nie mają lotnisk dla dużych samolotów, sieć dróg jest ograniczona, a lokalna baza noclegowa niewielka. Każdy nowy sezon to większe obciążenie dla natury i ludzi.
Czy nowy system opłat rozwiąże problem? Nie wiadomo. Ale jedno jest pewne, era „wolnych Lofotów” dobiega końca. I choć widoki wciąż zapierają dech, to ich cena, dosłownie i w przenośni, właśnie zaczyna rosnąć.