Helena Englert na ekranie pojawia się od dziecka. Zadebiutowała w „Superprodukcja” Juliusza Machulskiego, a później grała m.in. w „Barwy szczęścia”, „Diagnoza”, „Układ zamknięty” czy głośnym „#BringBackAlice”. W 2024 roku ukończyła aktorstwo dramatyczne na Akademii Teatralnej w Warszawie – i dziś coraz śmielej mówi o realiach zawodu.
W jednym z wywiadów wróciła też do burzy wokół „Hamleta” w Teatrz Narodowym, gdy jej ojciec obsadził ją w roli Ofelii.
– Najgorsze byłoby, gdyby po takim kiepskim PR-ze wydarzyła się kompletna klapa i pusta widownia
– mówiła, podkreślając, że presja była ogromna.
Najwięcej emocji wzbudziły jednak słowa o samym aktorstwie, jakie padły podczas rozmowy z Moniką Olejnik. Okazało się bowiem, że Englert nie idealizuje zawodu i nie traktuje go jak misji.
– Nie wierzę, że ten zawód jest misyjny. Że niosę teraz na barkach polską kulturę i muszę grać tylko „wysokie” role. Ilość propozycji, które dostaję, nie zawsze na to pozwala
– przyznała szczerze.
Padły też konkretne słowa o pieniądzach i castingach – tematach, o których wielu aktorów woli milczeć.
– To nie jest tak, że młodzi aktorzy dostają dziesięć scenariuszy i wybierają. Najczęściej idę na casting. Dostaję rolę, sprawdzam stan konta i dziewięć na dziesięć razy okazuje się, że po prostu muszę to zagrać. Bo to moja praca
– podsumowała.