13 marca 1980 r. „Mikołaj Kopernik” wystartował z nowojorskiego lotniska im. Johna F. Kennedy’ego o godz. 21:18. Rejs był opóźniony o prawie dwie i pół godziny. Nad Nowym Jorkiem przechodziła śnieżyca zmuszająca obsługę lotniska do oczyszczenia pasa startowego i maszyny. Na pokładzie znajdowała się piosenkarka Anna Jantar, która powracała z trwającej od końca grudnia trasy koncertowej dla Polonii w największych skupiskach polskiej diaspory, m.in. Chicago, Nowym Jorku i New Jersey. Na pokładzie znajdowało się również 22 reprezentantów USA w boksie amatorskim. „Kopernikiem” wracało też do Warszawy sześciu studentów warszawskich uczelni, delegatów na kongres Międzynarodowego Stowarzyszenia Studentów Nauk Ekonomicznych i Handlowych.
Kapitanem samolotu był Paweł Lipowczan, pilot od piętnastu lat pracujący w PLL „LOT”. Był bardzo doświadczony, miał wylatanych 8770 godzin, połowę na samolotach typu Ił-62. Także reszta załogi miała duże doświadczenie. Najstarszy z nich, radiotelegrafista Stefan Wąsiewicz, pracował w firmie od niemal trzydziestu lat.
Po dziewięciu godzinach podróży, ok. godz. 11 czasu warszawskiego, samolot rozpoczął procedurę lądowania. Pogoda nad Warszawą była doskonała, temperatura wynosiła nieco poniżej zera, świeciło słońce. Na 70 sekund przed zaplanowanym lądowaniem załoga zameldowała wieży kontrolnej, że nie świeci się wskaźnik wysunięcia podwozia. Problem ten był stosunkowo częsty w sowieckich samolotach pasażerskich – powodem usterek było przepalenie żaróweczki lub bezpiecznika. W tej sytuacji stosowano standardową procedurę bezpieczeństwa: załoga kierowała maszynę na drugi krąg, a obsługa lotniska obserwowała przez lornetkę, czy podwozie się wysunęło. W momencie zwiększenia mocy „Kopernika” w celu odejścia na drugi krąg doszło do awarii silnika o numerze „2”, położonego po lewej stronie, najbliżej kadłuba. Rozerwany został wał turbiny niskiego ciśnienia, a turbina w strudze gazów rozpędziła się aż do 130 proc. swojej maksymalnej prędkości. Odłamki uderzyły w sąsiedni silnik i przebiły kadłub w końcowej części ogona, niszcząc przy tym układy sterowania, zasilanie czarnej skrzynki (brakuje zapisu ostatnich 26 sekund lotu) i silnik numer „3”.
Biorąc pod uwagę bardzo niewielką odległość od lotniska, wciąż możliwe było awaryjne lądowanie na jednym z trzech silników. Niestety samolot był już całkowicie niesterowny. Eksplodujący silnik całkowicie zniszczył system sterowania, a ster wysokości wychylił się w dół. Maszyna spadała z prędkością ok. 350 km/h dziobem w dół; działały tylko lotki skrzydeł. Widzieli ją świadkowie znajdujący się przy Dolinie Służewieckiej. W ostatnich sekundach pilot zdołał ominąć budynek zakładu poprawczego. Następnie samolot ściął drzewo i uderzył w pokrytą lodem fosę Fortu VI Twierdzy Warszawa. Przełamał się na kilka części, fragment zatonął w kilkunastometrowej fosie. Skrzydło znalazło się sto metrów od reszty wraku. Ciała ofiar zostały rozrzucone w promieniu kilkudziesięciu metrów. Wrak nie eksplodował, ponieważ w zbiornikach znajdowało się niewiele paliwa.
Od katastrofy lotniczej, w której zginęła Anna Jantar, minęło już czterdzieści lat. Od tego czasu Natalia Kukulska wiele razy odpowiadała na pytania dotyczące momentu, w którym na zawsze pożegnała się ze swoją mamą. Wokalistka często podkreślała, że miała wówczas cztery lata, więc wspomnienia o Annie Jantar nie są tak wyraźne, jakby chciała. Jednak Natalia czuje, że łączy ją z mamą silna więź, którą przekłada na miłość do własnych dzieci. Na Instagramie pochwaliła się ostatnio uroczym zdjęciem ze swoją córeczką Laurką.
Natalia w rozmowie z magazynem "Viva" postanowiła szczerze opowiedzieć o relacji z mamą i wspomnieniach. Stwierdziła, że po latach zauważa coraz większe podobieństwo do Anny.
Mam podobny głos do niej, zwłaszcza jak mówię. Niedawno ktoś przysłał mi wywiad radiowy z mamą. Odsłuchiwałam go, a mój mąż Michał stał obok. - Dałbym głowę, że to ty mówisz - powiedział. Moja artykulacja jest podobna, akcentowanie słów, dykcja... Myślę, że mam po niej bardzo wiele.
Kukulska, choć pamięta mamę jak przez mgłę, wyznaje, że kocha ją za całokształt i za to, że dała jej życie:
Oczywiście można tęsknić za wyobrażeniem kogoś, ale wtedy tak naprawdę nie wiemy, za czym tęsknimy. Trudno więc powiedzieć, że ja za mamą tęskniłam, bo przecież nie udało nam się stworzyć relacji, jaką bym zapamiętała. Ja jej po prostu nie pamiętam. Kocham ją za to, jakim była człowiekiem z opowiadań, ale też za to, że po prostu była. Na pewno też ją mogę kochać za to, że mi dała życie, geny i swoją muzykalność. Kocham ją po prostu za to, że jestem.
Wokalistka w wywiadzie wspomina również moment, w którym dotarło do niej to, że już nigdy nie zobaczy Anny Jantar. Aż trudno uwierzyć, że miało to miejsce dopiero cztery lata po śmierci mamy.
Byłam na lotnisku z babcią, tatą i menedżerem mamy - Bogusiem. Staliśmy i czekaliśmy. Ja trzymałam bukiecik frezji, aby nim mamę powitać. Potem pamiętam jakieś zamieszanie, nerwy i babcię w histerii. Nie mogłam jednak zrozumieć, co się stało. Nikt tego mi nie powiedział. I dopiero gdy oglądałam w telewizji program poświęcony Annie Jantar, zrozumiałam, że mamy nie ma i już nigdy nie będzie. Miałam chyba sześć lub siedem lat. Tata mi później opowiadał, że uciekłam wtedy do swojego pokoju i płakałam.
Natalia Kukulska zorganizowała cykl koncertów "Życia mała garść", upamiętniający zmarłych rodziców. Najbliższe wydarzenie już we wrześniu.