Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Reklama
Kultura i Historia

Jestem tylko szeregowcem – życie śmierć Stefana Okrzei

Młodzieniec z błyskiem w oku i bez lęku patrzy w stronę sędziów. Kilkudniowy proces dobiega końca. „Kary żadnej się nie lękam. Ani katorga, ani śmierć mnie nie przeraża” – mówi. 120 lat temu Stefan Okrzeja skazany został na karę śmierci przez powieszenie. Wyrok na „pierwszym z legionu nieśmiertelnych” wykonano niecały miesiąc później na stokach Cytadeli Warszawskiej.

Co takiego zrobił dziewiętnastoletni chłopak, że rosyjscy urzędnicy postanowili wydać tak straszny wyrok, a ich zwierzchnicy z Petersburga odmówili zamiany kary na wieloletnią katorgę? W burzliwym roku 1905 Rosja była bita przez Japończyków. Królestwo Polskie zwane oficjalnie już od lat „priwislańskim krajem” budziło się z wieloletniego letargu. Przez miasta, miasteczka i wsie przetaczała się fala strajków i krwawo tłumionych manifestacji.

Reklama

Dopaść Nolkena!

Symbolicznym początkiem tych wydarzeń była manifestacja z 13 listopada 1904 roku przeciwko mobilizacji Polaków do armii rosyjskiej walczącej z Japonią. Zorganizowany przez PPS protest był pierwszym zbrojnym starciem z Rosjanami od czasów Powstania Styczniowego. Kilka minut po dwunastej pod kościołem Wszystkich Świętych zbiera się kilkutysięczny tłum. Ze świątyni wychodzi siostra Stefana Okrzei i podaje mu przemycony sztandar. Chwilę później na czole tłumu powiewa napis: „PPS. Precz z wojną i caratem! Niech żyje Wolny Lud Polski!”. Pojawia się zaskoczona takim obrotem spraw policja. Próbują odebrać manifestującym sztandar. Padają strzały ze strony bojowców. Kozacy ruszają z impetem, by rozpędzić tłum. Podnosi się zgiełk i hałas. Demonstranci rozpraszają się, część z nich chroni się w kościele. Na miejscu pojawia się czterdziestosześcioletni baron Karl Nolken. Wcześniej przez sześć lat był policmajstrem w Petersburgu. Teraz w randze pułkownika pełni funkcję oberpolicmajstra Warszawy. Daj oficerskie słowo honoru, że jeśli demonstranci opuszczą kościół nic im się nie stanie. Około dwustu osób wychodzi, wśród nich kobiety, starcy i dzieci, uczestnicy wcześniejszej mszy świętej. Wszyscy zostają brutalnie pobici i aresztowani. Walki i starcia trwają na ulicach warszawy do późnej nocy. Bronisław Żukowski wspominał: „Kobiety ciągnięto w szeregi za włosy, kopano nogami, bito kolbami itp., dzieci kopano w twarz, piersi i gdzie popadło. Bito kolbami, płazem szabli, kopano nogami itp. każdego, kto tylko był pod ręką”. Zginęło 6 demonstrantów, a 27 zostało rannych. Aresztowano ponad sześciuset robotników. Cena była duża, ale jak pisał Walery Sławek: „Nie zapomnę nigdy objawów wielkiej radości, jaką widziałem u bojowców po manifestacji. Radości wywołanej tym, że policja przed nimi ucieka. […]Nastąpiło w nich przełamanie strachu przed uzbrojonym reprezentantem siły zaborczej, zrodziło się uczucie własnej siły, gdy ma się broń w ręku”. Krew na rękach Nolkena domagała się pomszczenia. Być może już wtedy bojowcy z PPS podjęli decyzję o jego likwidacji, choć był to początek jego krwawych działań. Już kilka miesięcy później w styczniu 1905 roku w starciach z policją padło ponad sto. Wszystkie one obciążały konto szefa warszawskiej policji Nolkena. Aktywnym uczestnikiem tych starć był Stefan Okrzeja, co bez wątpienia wpływało na jego młodą i wielce wrażliwą osobowość. Już po swoim aresztowaniu, podczas procesu tak mówił: „Kto nie był wówczas na ulicy, kto nie widział i nie słyszał tego, co się tam działo, ten o tym sądzić nie może. Wszystkie okrucieństwa wojny stosowano do bezbronnych robotników[…] Ja byłem na ulicy, kiedy tłum podstępnie wciągano w zasadzki, kiedy bez sygnałów i uprzedzeń żołdactwo strzelało do pochodu manifestacyjnego […] kiedy żołdactwo tratowało kopytami końskimi trupy, a oficerowie gwardii, pędząc konno po trotuarach dla popisu, krzyżową sztuką płatali głowy kobiet, które nie zdołały ukryć […] Widziałem, jak w mieszkaniach wyciągano strwożone dzieci z pod łóżek i kłuto bagnetami, jak pastwiono się nad skrępowanymi ludźmi w cyrkułach, jak ich trupy wystawiano następnie w szpitalach na widok publiczny, jako poległych w buntowniczej walce, pomimo to, że rany mieli tylko w plecy pozadawane”.

Atak na rewir policyjny

„Z początku chciałem żywiołowo rzucać się na oprawców, zastanowiwszy się jednak, postanowiłem, że protest mój powinien być poważniejszy, powinien być aktem ogólniejszego znaczenia” – mówił podczas procesu Okrzeja. I wkrótce nadarzyła się odpowiednia okazja. Bojowcy z PPS-u opracowali brawurowy plan akcji w którym młody Stefan miał odgrywać bardzo ważną rolę. To świadczy, że mimo dziewiętnastu lat, cieszył się ogromnym zaufaniem współtowarzyszy. „Otrzymał polecenie rzucić bombę o godzinie ósmej wieczorem w koszarach kozaków Orenburskich, lub w XII rewirze policyjnym na Pradze. W ten sposób miał się stać uczestnikiem szerszego planu. Chodziło mianowicie o to, by wywabić z ratusza na miejsce wypadku odpowiedzialnego za wszystkie gwałty oberpolicmajstra Nolkena, na którego inny towarzysz czyhał z pociskiem na Zjeździe” – pisał pięć lat po zamachu Gustaw Daniłowski, pisarz, publicysta i działacz socjalistyczny.

Jest 26 marca 1905 roku. Cyrkuł policyjny na warszawskiej Pradze, przy ulicy Wileńskiej 9. Gwar, hałas, mijający się policjanci i szpicle. Ot, dzień jak co dzień. Nagle otwierają się drzwi kancelarii policyjnej. Przebywający w środku słyszą głuchy okrzyk – Macie! – Do środka wpada niewinnie wyglądające zawiniątko. Przez ułamek sekundy zapada cisza, wszyscy zastygają na moment. Następuje potężny wybuch, który powala przebywających w środku ludzi. Wszędzie pełno szkła, dymu i fragmentów mebli. Pada również młodzieniec, który przed momentem rzucił pakunek. Być może z emocji zapomniał o tym, co mówiono na szkoleniach bojowców, że trzeba odbiec co najmniej piętnaście metrów. Jest ranny w rękę i głowę. Kompletnie zamroczony, ale adrenalina robi swoje, udaje mu się wybiec na zewnątrz. Niestety myli kierunki i zamiast uciekać w stronę ulicy biegnie prosto na ścianę, od której odbija się jak piłka i ponownie upada. Tymczasem w kancelarii po pierwszym szoku, najmniej ranni ruszają w pościg za Okrzeją. Jeden z policjantów oddaje kilka strzałów w jego kierunku, ale nie trafia. Teraz zamachowiec wyciąga drżącą dłonią browninga i strzela! Trzy kule dosięgają celu i posterunkowy pada na ziemię. Młodzieniec ponownie próbuje uciec, tym razem już w dobrym kierunku. Niestety tutaj nadziewa się na dwóch mundurowych, którzy powalają go na ziemię i zaczynają niemiłosiernie tłuc. Kopią gdzie popadnie. Po chwili dołączają kolejni. Chłopak mdleje. Cucą go i próbują przesłuchiwać. Kim jesteś? Jak się nazywasz? On jednak milczy, a kiedy zaczynają bić ponownie, grozi, że roztrzaska sobie głowę o bruk. To do nich chyba trafia, bo opatrują pobitego i pilnują do czasu przybycia eskorty, która parę minut po północy transportuje Okrzeję do Cytadeli. Zamachowiec miał obstawę, która miała go osłaniać w trakcie ucieczki. Niestety, coś poszło nie tak i bojowcy uznali, że tuż po wybuchu został on zatrzymany w środku budynku. Zarządzili odwrót. Na wiadomości z prawej strony Wisły czekali ci, których zadaniem było zabicie Nolkena. Przypomnijmy, że plan zakładał, iż poinformowany o zamachu na Wileńskiej Nolken, ruszy swoim zwyczajem na inspekcję. Tak się rzeczywiście stało. Szef policji, mimo że przebywał w teatrze, ruszył na Pragę. Jego karoca skierowała się w kierunku mostu Kierbedzia. Przy kościele świętej Anny od strony Nowego Wjazdu w kierunku Nolkena poleciała bomba. Niestety, pułkownik wykazał się dużym refleksem i w ostatniej chwili odbił ręką ładunek. Potężna eksplozja, która wybiła w Zamku Królewskim 39 szyb jedynie go raniła i pokrwawiła. Wywiązała się walka, w trakcie której zginął jeden z donosicieli, który przypadkowo znalazł się na miejscu. Szef policji przeżył.

Proces i podwójna egzekucja

„Przypuszczaliśmy, że Okrzeję przewozić będą z X Pawilonu na Cytadeli albo przez Zakroczymską, albo przez Nalewki. Postanowiliśmy obie te drogi obsadzić i Okrzeję odbić. Mieliśmy przygotowane bomby, które miały być rzucone pod konie po czym rozstawieni na chodnikach bojowcy mieli wystrzelać konwój i wypuścić Okrzeję” – pisał w swoich wspomnieniach Walery Sławek. Niestety w skutek zdrady plan nie został zrealizowany. Proces trwał 10 dni. Okrzeja nie chciał adwokata, ale ostatecznie na prośbę matki reprezentował go znany obrońca socjalistów Stanisław Patek. „Okrzeja spokojnie odpowiadał na pytania, a zeznania jego nosiły jakiś ton spokojny i uroczysty, jaki nadaje słowom stojące tuż obok widmo śmierci”. Pisał cytowany już Gustaw Daniłowski. W istocie wypowiedzi Okrzei były jednym wielkim oskarżeniem pod adresem caratu. Swojemu adwokatowi powiedział, że może umrzeć i tylko prosił, żeby ten asystował przy egzekucji i opowiedział towarzyszom, że umierał mężnie. Niestety stało się inaczej. Wyrok wykonano potajemnie. 21 lipca 1905 roku w obecności władz administracyjnych na stoki Cytadeli wyprowadzono Okrzeję. Kat chciał mu zawiązać oczy, ale on się nie zgodził. Egzekucja miała makabryczny przebieg. Źle zamocowany stryczek ześlizgnął się i skazaniec spadł. Powieszenie trzeba było powtórzyć. Tym razem skutecznie. Okrzeja umierał z okrzykiem: „Niech żyje socjalizm! Precz z caratem! Jego ciało pogrzebano w bezimiennej mogile.

Pozostała legenda

Choć sam Okrzeja był chłopakiem skromnym i może nawet trochę nie wierzącym w siebie, bo jak mawiał „do kierownictwa niedorosłem, ale szeregowcem będę dobrym”, to po swojej śmierci bardzo szybko stał się bohaterem i wzorem dla innych. Już rok po jego śmierci tłumy robotników w Warszawie manifestowały na jego cześć. Drukowano pocztówki z podobizną zamachowca, powstawały miejskie ballady, jak choćby ta, której fragment brzmi:

„Był to chłopiec piękny, młody
Wyście o nim nie wiedzieli
A jak rzucił bombę w cyrkuł,
Dostał się do Cytadeli
W Cytadeli długo siedział
Mścili się nad nim katowie
Ciało mu nad ogniem piekli
Myśleli, że im co powie.”

Ignacy Daszyński tak mówił o nim już w wolnej Polsce: „Jeżeli naród nie upadł wówczas, jeżeli nie stał się trzodą niewolników, to zawdzięcza to jedynie takim ludziom, jak Stefan Okrzeja”.

Źródło: tygodnik GP
Reklama