Dwudziestokilkuletni dziennikarz obywatelski Li Zehua, były pracownik rządowej telewizji, udał się do Wuhan w lutym. Podjął taką decyzję po tym, gdy dowiedział się, że inny dziennikarz zajmujący się tą epidemią, Chen Qiushi, zaginął w tajemniczych okolicznościach. W pierwszym nagraniu jakie opublikował w internecie tłumaczył, że pracujący dla państwowych mediów przyjaciel powiedział mu, że rząd wycisza niepochlebne dla niego informację o epidemii a dziennikarze lokalnych mediów mogą pisać jedynie o przypadkach wyzdrowień lub chwalić postępowanie władz. Postanowił, że sprawdzi to osobiście.
Li nagrywał następnie materiały pokazujące prawdę o życiu w Wuhan w trakcie epidemii i działaniach komunistycznych władz. Zajmował się między innymi tym, jak komunistyczne władze ukrywały faktyczną liczbę ofiar, w jednej z transmisji pokazał też ogrom pracy w jednym z lokalnych krematoriów. Jego praca cieszyła się ogromną popularnością w Chinach, gdzie pomimo oficjalnej cenzury jego filmiki trafiały do tysięcy osób, oraz na zachodnich mediach społecznościowych.
26 lutego Li wrzucił do internetu film nagrany w samochodzie. Z jego słów wynikało, że jest właśnie przez kogoś ścigany. Podejrzewał, że to policyjni tajniacy. Stwierdził w nim, że na pewno chcą go poddać „kwarantannie” i poprosił swoich widzów o pomoc. To krótkie, trwające niecałe pół minuty nagranie było ostatnim śladem życia jaki dał. Wiele osób spekulowało, że przez swoją pracę został aresztowany albo nawet zabity przez komunistyczne władze.
Po niemal dwóch miesiącach Li wreszcie się odezwał i wrzucił do chińskich mediów społecznościowych nowy film. Wyjawił w nim co się stało. Okazuje się, że ścigający go samochód to faktycznie była policja. Ścigali go przez ok. 30 kilometrów, ale Li dał radę dotrzeć do mieszkania, które wynajmował w Wuhan. Stamtąd wrzucił do internetu nagrany wcześniej film i zaczął przygotowywać się do transmisji na żywo. Po chwili jednak usłyszał pukanie do drzwi jednego z sąsiadów i przez judasza zauważył kilku mężczyzn w mundurach. Zgasił więc światło i siedział w ciszy. Kiedy policjanci zapukali do jego drzwi nie odpowiedział, ale kiedy wrócili po kilku godzinach uznał, że i tak nie ma szans uciec, więc otworzył im drzwi.
Li został przewieziony na komisariat, gdzie pobrano od niego odciski palców i próbki krwi. Następnie poprowadzono go do pokoju przesłuchań, gdzie dowiedział się, że jest podejrzewany o „zakłócanie porządku publicznego”. Policjanci mieli go poinformować w końcu, że nie zostanie za to ukarany, ale z powodu pracy w miejscach, gdzie dotarła epidemia, będzie musiał poddać się kwarantannie.
Li twierdzi, że komendant policji osobiście odwiózł go do miejsca odosobnienia dla poddanych kwarantannie w Wuhan, gdzie odebrano mu wszystkie urządzenia elektroniczne. Spędził tam dwa tygodnie, po czym odwieziono go do jego rodzinnego miasta, gdzie po raz kolejny zamknięto go w kwarantannie na kolejne dwa tygodnie. Dopiero potem pozwolono mu na powrót do rodziny.
To, co najbardziej zwraca uwagę w nowym nagraniu, to fakt, że Li wypowiada się o pracy policji w samych superlatywach. Twierdzi, że policjanci bardzo o niego dbali i byli bardzo cywilizowani. Twierdzi również, że pilnowali, aby nie chodził głodny czy spragniony. Nie brak komentarzy, że te słowa nie wynikają ze szczerego podziwu a są efektem tego, że został zastraszony – ale na weryfikację raczej trudno na razie liczyć.
Li nie jest jedynym dziennikarzem, który zaginął chcąc pokazać prawdę o epidemii w Wuhan. W tajemniczych okolicznościach zniknęło co najmniej dwóch innych, Fang Bin i Chen Qiushi. Obaj nie dali od lutego znaku życia.