W Paryżu i na przedmieściach stolicy zakaz obowiązuje wciąż wielkie centra handlowe o powierzchni większej niż 40 tys. metrów kwadratowych, ale wielu właścicieli niedużych nawet sklepów nie zdecydowało się jeszcze na wznowienie pracy.
Już w ostatnim tygodniu izolacji sanitarnej czuło się wyraźne rozprzężenie – na ulicach było więcej ludzi, a przed wciąż zamkniętym parkiem Buttes Chaumont, nie zważając na obowiązujący dystans społeczny, tłoczyli się amatorzy gry w „petanque”, czyli w bule.
Dopiero jednak po zniesieniu ograniczeń poruszania się w poniedziałek, a jeszcze bardziej we wtorek, zobaczyć można było tłum. Peszyło to osoby obawiające się wirusa, które szerokim łukiem mijały czeredy lekkomyślnych.
Grupy ludzi zbierały się najczęściej przy zamkniętych oficjalnie kawiarniach, których właściciele korzystają z możliwości sprzedaży na wynos.
Szef bistra „Le Bel Vil” przed lokal wystawił kilka skrzynek i przez okno sprzedawał napoje – jak się wydaje, przede wszystkim piwo, które klienci pili na ulicy, ale wciąż bardzo blisko kawiarnianego kontuaru. A ponieważ picie piwa przez maskę jest bardzo trudne, nosa i ust nikt z nich nie zasłaniał.
Pobliski krawiec, specjalizujący się w przeróbkach, okazał się bez porównania ostrożniejszy. Na szybach pracowni przykleił plakaciki z poruczeniami, jak zachowywać się podczas epidemii i ulotkę: „w środku tylko jeden klient na raz”.
A nad niedaleką piekarnią królował, rozpięty na całą szerokość witryny, transparent z napisem „Obywatele do masek”, co jest nawiązaniem do Marsylianki. Refren francuskiego hymnu narodowego rozpoczyna się zawołaniem „Obywatele do broni”.
Jednak zdecydowanie mniej niż połowa przechodniów nosiła maski. Podobnie było w sklepach – masek nie mieli zarówno liczni klienci, jak i sprzedawcy.
W masce pracował szewc Jacky Sebag. Na pytanie Polskiej Agencji Prasowej, jak zniósł siedem tygodni zamknięcia, odpowiedział: „Ten urlop dobrze mi zrobił, bo pierwszy raz od dawna mogłem naprawdę odpocząć”. I dodał: „A w ogóle to zdrowie ważniejsze niż pieniądze, a teraz mam mnóstwo roboty”.
Na nadmiar pracy nie narzekała Nadine Lagalaye, właścicielka sklepu Davai z dizajnerskimi ubraniami i obuwiem, gdyż - jak powiedziała - nikt dziś nic u niej nie kupił. Dobrze zniosła długie zamknięcie w domu, gdyż była cały czas z synkiem. A na pytanie, jak widzi przyszłość, odpowiada, że nie zastanawia się. Z nostalgicznym uśmiechem nuci: „que sera sera” – co będzie, to będzie.