Brzezicki mówi o stanie polskich stoczni po ośmiu latach rządów PO-PSL. I nie owija w bawełnę: "Statek morski przez lata był najbardziej skomplikowanym produktem wytwarzanym przez polską gospodarkę. Rząd PO-PSL zdecydował się z tego zrezygnować, bez zmrużenia oka niszcząc polski przemysł stoczniowy. W efekcie potencjał produkcyjny wynosi obecnie może jedną czwartą tego, co było na koniec 2007 r. Dodajmy utratę pracy przez tysiące ludzi. Z kolei obroty przemysłu stoczniowego to aktualnie ok. 10 mld zł rocznie. Z tego produkcja nowych statków wynosi zaledwie 200 mln zł. Niewiele. Wszystko dlatego, że polskie stocznie stały się elementami łańcuchów kooperacyjnych, na których szczycie stoją zagraniczne podmioty. To one zgarniają krociowe zyski ze sprzedaży statków".
Co w ogóle zostało z polskiego przemysłu stoczniowego? Niewiele. Wiceminister informuje, że w ramach Morskiej Stoczni Remontowej Gryfia działają stocznie w Szczecinie i Świnoujściu. Pozostałości po Stoczni Szczecińskiej „Nowa” są objęte z kolei parkiem przemysłowym, na którym kilkadziesiąt podmiotów wykonuje prace w większości związane z przemysłem stoczniowym. "Stocznia w Ustce, która wykonywała szalupy i mniejsze jednostki pomocnicze, została zlikwidowana. Na bazie majątku upadłej Stoczni Gdańskiej działają: stocznia Nauta i Energomontaż Północ. Jest również prywatna stocznia Crist (właściciel największego doku po upadłej Stoczni Gdyńskiej) i przedsiębiorstwo Vistal. W upadłości likwidacyjnej cały czas znajduje się z kolei Stocznia Marynarki Wojennej" - mówi Paweł Brzezicki.
Najgorsze - zdaniem urzędnika - są jednak straty, jakie wyrządziła polskiej gospodarce likwidacja przemysłu stoczniowego.
- twierdzi wiceminister gospodarki morskiej."Trudno dziś zliczyć i oszacować skalę strat, jakie spowodowały w przemyśle stoczniowym poprzednie rządy. Wystarczy zobaczyć, jak dziś wyglądają Zakłady Mechaniczne Wola, które produkowały bardzo dobre silniki do pchaczy (typ statku). Dziś nie ma tam ani produkcji, ani zatrudnienia, tylko zdewastowane obiekty. Nieodwracalnie zniszczono nie tylko sprzęt, zwolniono ludzi, przede wszystkim jednak zdewastowano kulturę produkcji. Jedną polityczną decyzją przekreślono wieloletni dorobek polskich zakładów"
Jego zdaniem na likwidacji polskich stoczni zyskała konkurencja, przede wszystkim stocznie naszych zachodnich sąsiadów. "Przypomnę tylko, że gdy zamykano polskie stocznie, niemieckie otrzymały 700 mln euro pomocy. Decyzje poprzedniej władzy w sprawie stoczni były więc bardzo niekorzystne dla Polski" - wyjaśnia Brzezicki.
W 2009 r., gdy ministrem skarbu był Aleksander Grad, a prezesem Agencji Rozwoju Przemysłu nadzorującym stocznie Wojciech Dąbrowski, wiele kontrowersji i wątpliwości wzbudziła próba przejęcia części przemysłu stoczniowego przez katarskiego inwestora. Ale zdaniem Pawła Brzezickiego Katarczycy nigdy nie twierdzili, że chcą kupić polskie stocznie, a oferta z Kataru była tylko wirtualna. Chodziło zaś o pieniądze: Katarczycy mieli bowiem różne powiązania z polskim przemysłem, szczególnie z branżą zbrojeniową.
Całość wywiadu w najnowszym numerze "Gazety Polskiej Codziennie".