Moskwa ma problem
Przez cały okres władzy Nursułtana Nazarbajewa, pierwszego sekretarza KC KPK, potem prezydenta Kazachstanu, choć kraj ten formalnie lawirował pomiędzy Rosją, Chinami i USA, realnie znajdował się w orbicie wpływów rosyjskich.
Pomysłodawca i redaktor naczelny Gazety Polskiej, współzałożyciel i redaktor naczelny Gazety Polskiej Codziennie, Współzałożyciel i pełniący obowiązki redaktora naczelnego Telewizji Republika, pomysłodawca i prezes spółki wydającej portal Niezalezna.pl, Albicla i miesięcznik Nowe Państwo, założyciel ruchu klubów Gazety Polskiej. Autor kilku ksiazek politycznych oraz bajek i opowiadań pisanych dla czwórki swoich dzieci. W czasach komunistycznych zaangażowany w podziemie niepodległościowe, między innymi NZS i prasę drugiego obiegu. Animator w ruchu Oazowym - Światło i Życie i szef jednej ze wspólnot ruchu Muminkowego dla ludzi z upośledzeniem umysłowym - Wiara i Światło.
Przez cały okres władzy Nursułtana Nazarbajewa, pierwszego sekretarza KC KPK, potem prezydenta Kazachstanu, choć kraj ten formalnie lawirował pomiędzy Rosją, Chinami i USA, realnie znajdował się w orbicie wpływów rosyjskich.
Zdolność do jasnowidzenia nie jest powszechna i nie opiera się na żadnych naukowych przesłankach. Co nie oznacza, że nie było jasnowidzów, którzy skutecznie przewidzieli przyszłość. Jedni mieli po prostu szczęście, inni doznali daru od Boga, jeszcze innych opętało. Wszystko to razem nie gwarantuje, że posługując się jasnowidzami, dowiemy się czegoś na pewno. Owszem, przewidywania jasnowidza okazują się prawdziwe na sto procent, gdy rzeczy się już wydarzą, lub fałszywe, gdy się ich proroctwa nie sprawdzą. Problem w tym, że skuteczność jasnowidza też może być względna – raz tak, a raz inaczej. W związku z tym nie ma co się nimi przejmować, chyba że nawołują, byśmy byli trochę lepsi, a tym przejmować się zawsze warto.
George Friedman, szef ośrodka analitycznego Stratfor, napisał w swojej słynnej książce „Następne sto lat”, że Stany Zjednoczone są na tyle wielką potęgą, że stać je na poważne błędy. W rzeczywistości limit błędów, nawet jak na taką potęgę, powoli się wyczerpuje.
Prezydent zdecydował się zawetować nowelizację ustawy o radiofonii i telewizji, nazywanej „ustawą tefałenowską”. Termin o tyle słuszny, że to sprawa TVN chyba najbardziej ustawie zaszkodziła. Jej wejście w życie nic by nie zmieniło w sposobie funkcjonowania stacji, co najwyżej TVN musiałby zakładać kolejne spółki, może tym razem na lotniskach regionalnych w Polsce.
Po raz drugi w całych dziejach Polski, od przyjęcia chrześcijaństwa, podjęto walkę z Bożym Narodzeniem. Wcześniej, w czasach stalinowskich, próbowali tego komuniści. Wtedy nie udało się na polski grunt przeszczepić wzorów sowieckich – np. obchodzenia Nowego Roku zamiast Bożego Narodzenia, świętowania ferii zimowych zamiast Narodzenia Pańskiego. Symbole świąt, w których centrum był zawsze narodzony Chrystus, nie tylko przetrwały, ale stały się też znakiem oporu przeciwko komunizmowi.
Jarosław Kaczyński parę miesięcy temu powiedział w wywiadzie dla „Gazety Polskiej”, że Polska walczy na dwóch frontach: tym na granicy, gdzie atakują nas rosyjskie i białoruskie służby, i tym wewnętrznym, który tworzą niektórzy przedstawiciele opozycji, a także kochankowie Jaruzelskiego i zagraniczne media.
Sprawa marszałka Grodzkiego zaczyna już być problemem polskiej demokracji. Doszło do sytuacji niesłychanej, kiedy to jest jeden obywatel, który pozostaje całkowicie poza kontrolą prawa. I nie chodzi o to, że ma immunitet, bo te mają posłowie, senatorzy i sędziowie, ale o to, że jemu jedynemu w całym państwie tego immunitetu nie można uchylić – bez względu na to, jak ciężkie zarzuty na nim ciążą.
Po brexicie poznaliśmy zupełnie nowe oblicze Unii: oszustki, niedotrzymującej słowa, grającej wyłącznie na najsilniejszych.
Sprawa korupcji w TSUE, a przynajmniej to, o czym dowiedzieliśmy się dzięki tekstom „Libération”, to jest czubek góry lodowej. Wygląda na to, że mamy do czynienia z powiązaniami o charakterze stricte mafijnym, i to na szczytach władzy Unii – chodzi o byłego przewodniczącego Komisji Europejskiej, byłego prezesa Europejskiego Trybunału Obrachunkowego, obecnego przewodniczącego Trybunału Sprawiedliwości UE.
Mój niedoszły zawód psychologa przysparza mi do dzisiaj wiele interesujących spostrzeżeń, szczególnie w analizie zjawisk politycznych. Okazuje się, że może też dostarczyć całkiem sporo wiedzy, jeżeli chodzi o politykę w jej najszerszym wymiarze, czyli geopolitykę. Dzisiaj wszyscy liczący się sztabowcy świata próbują rozstrzygnąć, czy Rosja uderzy na Ukrainę i jak bardzo jest w stanie zaangażować się w ten konflikt. Liczone są siły inwazyjne i potencjalny opór Ukraińców. Kalkuluje się możliwe straty i zyski Kremla z rozpętania nowej wojny. To wszystko nie ma sensu. Moskwa oczywiście ma dosyć sił, jeżeli zechce, zająć całą Ukrainę. Być może pod pozorem awantury Białorusi z Polską przesunęła wojska, które mają wziąć udział w tej wojnie.
Świat znowu stoi na krawędzi wojny. Wojny, którą może wywołać do spółki z Alaksandrem Łukaszenką Władimir Putin. Jej celem jest odzyskanie dawnej strefy wpływów Moskwy. Wprawdzie w tej chwili ostrze ataku wymierzone jest w Polskę i kraje bałtyckie, ale na pewno w szerszej perspektywie nie chodzi o nas. W tle jest Ukraina, którą Moskwa chce odzyskać, po kawałku odkrawając kolejne terytoria albo próbując tak zdestabilizować rząd w Kijowie, by upadł, a w następstwie władzę na Ukrainie przejęła ekipa przychylna Rosji.
Po raz pierwszy od wielu lat polska dyplomacja jest w autentycznej ofensywie. Wynikło to z potrzeby chwili, ponieważ atak rosyjsko-białoruski na naszą granicę musiał spowodować mobilizację dyplomacji polskiej, a w rezultacie dyplomacji krajów NATO i UE.
Awantura na naszej granicy z Białorusią to tylko przejaw potężnych ruchów tektonicznych w światowej geopolityce.
Jednym z większych problemów wolnej Polski jest całkowite oderwanie się większości elit od społeczeństwa, od wspólnoty narodowej. Dla wielu ludzi znanych z działalności publicznej w dobrym tonie jest kpienie z patriotyzmu, barw narodowych, polskiego wojska czy atakowanie idei suwerenności Polski. Nie jest to przypadek, polskie elity od XVIII w., z krótką przerwą na okres międzywojenny, są kształtowane przez zaborców i okupantów.
Zdumiewająca jest zbieżność dat ostatniego ataku na naszą wschodnią granicę i próby obalenia rządu wraz z doprowadzeniem do destabilizacji politycznej. Gdyby obydwie akcje zakończyły się sukcesem, to Polskę zalewałby tłum imigrantów, z których część prowadziłaby akcje terrorystyczne. Jednocześnie władza zostałaby całkowicie sparaliżowana brakiem większości zdolnej do rządzenia. Niemożliwe byłoby przeprowadzenie nowych wyborów, jeżeli zdecydowano by się wprowadzić stan wyjątkowy. Z kolei rozpisanie wyborów uniemożliwiłoby sięgnięcie po stany nadzwyczajne. Taki scenariusz był dosłownie o włos. Jego kluczowym elementem był powrót Donalda Tuska do polityki. Nie ma wątpliwości, że te same siły, które dążyły do błyskawicznego obalenia rządu, robiły, co mogły, żeby doprowadzić do przerwania granicy.
Gdy piszę te słowa, trwa jeszcze Marsz Niepodległości. Zgodnie z obawami jednych i nadzieją drugich rzeczywiście zgromadził on dziesiątki, jak nie setki tysięcy uczestników. Co trzeba podkreślić, marsz przebiega bardzo spokojnie.
To określenie – IV Rzesza Niemiecka – nie jest niczym nagannym, nie chodzi przecież o III Rzeszę, ale o nawiązanie do pierwszej. Sądzę, iż dość dobrze oddaje kierunek tych zmian. Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej jest podstawowym narzędziem wykorzystywanym w tym działaniu. Sformułowano bowiem niczym niepodpartą tezę, iż Trybunału nic nie ogranicza. Zatem to nie zapisy traktatowe, ale jego orzeczenia są źródłem wspólnotowego prawa. Może dowolnie interpretować prawo europejskie i wyciągać z niego wręcz uzurpacyjne wnioski. I tak czyni. Z Jarosławem Kaczyńskim, wicepremierem, prezesem Prawa i Sprawiedliwości, rozmawiają Katarzyna Gójska i Tomasz Sakiewicz.