Dla małżeństwa z Alicante utrata ukochanej papugi Miki była prawdziwą tragedią. Ptak, przez nieuwagę właścicieli, kilka tygodni temu wyleciał z domu.
Zrozpaczone małżeństwo rozwiesiło na słupach i w witrynach sklepowych plakaty ze zdjęciem papugi, numerem telefonu i prośbą o pomoc. Kilka dni później zadzwoniła kobieta, która podczas krótkiej rozmowy powiedziała, że papugę sprzedali jej Rumuni, i zażądała 500 euro za jej oddanie.
„Nie mieliśmy takich pieniędzy" - powiedziała właścicielka. "Przez pandemię straciliśmy pracę i oczekiwaliśmy na zasiłek dla bezrobotnych. Chcieliśmy płacić okup na raty, po 50 euro, ale nie mogliśmy dojść do porozumienia” - dodała.
Wkrótce otrzymała zdjęcia papugi w niewoli. „Trzymali ją w małej klatce, w strasznych warunkach, prawie mi pękło serce” - opowiedziała. "Była chuda, wyglądała na smutną, nie wiedziałam, co robić” - mówiła.
W końcu zadzwoniła na policję. Funkcjonariusze przygotowali akcję odzyskania Miki.
Kobieta umówiła spotkanie z porywaczką na ulicy uważanej za najbardziej niebezpieczną w mieście. Miała w uszach niewidoczne słuchawki bezprzewodowe, przez które słyszała policjantów z zaparkowanej w pobliżu furgonetki. Jeden z nich kazał jej powiedzieć: „Masz papugę czy nie?”. Kiedy porywaczka odpowiedziała, że tak, funkcjonariusze wyskoczyli z samochodu. "Cała ulica wypełniła się policją” - opowiedziała właścicielka papugi.
„Przeczuwałam, że sprawisz mi problem” - zdążyła wykrzyknąć porywaczka przed aresztowaniem.
"Jestem wdzięczna policji" - powiedziała właścicielka papugi. "To dzięki niej odzyskaliśmy Mikę. Od początku poważnie podeszli do sprawy i wykazali ogromne zaangażowanie" - dodała.