W ustnym uzasadnieniu wyroku sędzia Bek De Hjun skrytykował postawę oskarżonego, wskazując na brak refleksji nad popełnionymi czynami.
- Dla własnego bezpieczeństwa i prywatnych korzyści faktycznie zamienił funkcjonariuszy ochrony państwowej w prywatnych żołnierzy
– oświadczył sędzia.
Podkreślił również, że adekwatna kara jest niezbędna, by „naprawić praworządność zniszczoną przez przestępstwo”, jakiego dopuściła się ówczesna głowa państwa.
W styczniu ubiegłego roku polityk zabarykadował się w swojej rezydencji, odpierając próby zatrzymania. Ostatecznie został ujęty po kilkugodzinnym szturmie, stając się pierwszym urzędującym prezydentem w historii kraju, który trafił za kratki.
Sąd uznał Juna za winnego także naruszenia praw członków gabinetu poprzez wykluczenie ich z obrad nad wprowadzeniem stanu wojennego oraz fałszowania dokumentów urzędowych. Uniewinniono go natomiast od zarzutu instruowania podwładnych, by przekazywali mediom zagranicznym nieprawdziwe informacje o sytuacji w kraju.
65-letni Jun konsekwentnie nie przyznaje się do winy, twierdząc, że chciał chronić kraj przed „północnokoreańskimi siłami komunistycznymi”.
— To nie była dyktatura wojskowa (…), lecz wysiłek na rzecz ochrony wolności i porządku konstytucyjnego — bronił się w sądzie.
Jego obrońcy zapowiadają apelację. Na odwołanie od wyroku mają siedem dni.
Sprawa jest pokłosiem wydarzeń z 3 grudnia 2024 r., gdy Jun ogłosił stan wojenny, wysyłając wojsko do parlamentu. Deputowanym udało się jednak przedostać do otoczonego przez żołnierzy gmachu i przegłosować zniesienie dekretu. Kryzys doprowadził do impeachmentu Juna i przedterminowych wyborów, które wygrał lewicowy kandydat Li Dze Mjung.
Piątkowe orzeczenie jest pierwszym z ośmiu, jakie czekają byłego prezydenta. Kluczowy wyrok, w procesie o kierowanie zamachem stanu, ma zapaść 19 lutego. Specjalny zespół prokuratorów zażądał w nim dla Juna kary śmierci.