W Szwecji dopiero po pięciu miesiącach policja przyznała, że po sierpniowym festiwalu w Sztokholmie otrzymała tysiące zgłoszeń od młodych uczestniczek muzycznego wydarzenia o tym, że były napadane, brutalnie zaczepiane i gwałcone praktycznie na oczach setek widzów, spośród których żaden nie ruszył z pomocą.

- Nie ukrywaliśmy tych przypadków, ale też nie mówiliśmy o tym publicznie – przyznaje Varg Gyllander z policji w Sztokholmie w rozmowie z reporterem BBC. – Wiedzieliśmy co się dzieje, dostawaliśmy setki zgłoszeń każdej doby, ale nie mówiliśmy o tym publicznie, nikogo nie ostrzegliśmy. To był wielki błąd – przyznaje teraz policjant. Ilu napastników oskarżono? Jednego.
- Działali w grupach po pięciu, dziesięciu, piętnastu. W wielkim tłumie bawiących się ludzi ciasno otaczali dziewczynę. Na początku wyglądało to jak zabawa, taniec wśród rozbawionego tłumu, ale potem dopuszczali się seksualnego ataku – opowiada Roger Ticalou, jeden z organizatorów festiwalu “We are Sthlm”.
– Nigdy wcześniej nie byliśmy świadkami czegoś, co wygląda jak grupowa rozrywka, sposób na spędzenie wieczoru – wyprawa grupy mężczyzn tylko po to, by dopaść kobiety, napastować je seksualnie lub zgwałcić – mówi Paula Bieler z antyimigranckiej partii Szwedzcy Demokraci. – To wina kultury i zwyczajów krajów z których pochodzą. W Szwecji mamy kompletnie inne podejście do praw kobiet - mówi Bieler i dodaje, że "zachowanie policji w trakcie festiwalu było skandaliczne. Policja nie może sobie pozwalać, by filtrować informacje na podstawie swoich politycznych przekonań".