Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Świat

Eugenika wiecznie żywa

Eugenika, choć wielu kojarzy się głównie z hitlerowskimi Niemcami, była powszechna w XX-wiecznej Europie.

Autor:

Eugenika, choć wielu kojarzy się głównie z hitlerowskimi Niemcami, była powszechna w XX-wiecznej Europie. Ale jej idee są nadal żywe i święcą triumfy na wydziałach bioetycznych zachodnich uniwersytetów, gdzie uchodzą za absolutnie nowatorskie podejście do etyki.

Eugenika, ujmując rzecz najprościej, to metoda planowanego ulepszania ludzkości za pomocą uniemożliwienia prokreacji (przez sterylizację lub kastrację) tym, którzy – zdaniem społeczeństwa – nie powinni psuć puli genetycznej narodu czy ludzkości. Takie propozycje prawne obowiązywały w Szwecji (do lat 70.), Norwegii, Danii, niektórych stanach USA, Kanadzie i Niemczech. Kolejnym jej krokiem było usuwanie (dosłowne, poprzez zabijanie) tych, którzy są chorzy, upośledzeni czy niedostosowani społecznie. W ten sposób problem chorych psychicznie rozwiązywała w III Rzeszy psychiatria niemiecka w trakcie słynnej akcji T-4, kiedy to zagazowano lub rozstrzelano ponad 70 tys. chorych psychicznie, upośledzonych, a także – już pod koniec wojny – inwalidów wojennych, których utrzymanie kosztowało kasę państwa zbyt wiele.

Współczesne akcje T-4

I wbrew pozorom – choć oczywiście współcześni lekarze i bioetycy bronią się przed takimi porównaniami – wcale nie odeszliśmy daleko od tamtych standardów. Również teraz nie brakuje lekarzy, którzy przymusowo i bez zgody sterylizują pacjentki, które uznali za niedostosowane społecznie. W Australii na przykład, co zarzuciła temu państwu w specjalnym raporcie Organizacja Narodów Zjednoczonych, jest wręcz medycznym standardem pozbawianie płodności kobiety upośledzone, bez wiedzy i zgody ich oraz ich rodzin. W Polsce taka procedura jest wprawdzie zakazana, ale, jak pokazała sprawa Wioletty Szwak, i u nas są lekarze, którzy czują władzę decydowania o płodności kobiety uznawanej za niedostosowaną.

Ale myliłby się ten, kto przypuszcza, że sterylizacja bez zgody pacjenta jest ostatnim słowem współczesnej eugeniki i że jako liberalna nigdy nie przekroczy ona granicy ludobójstwa. Już teraz medycznym standardem jest zabijanie dzieci nienarodzonych z zespołem Downa, u których wykryto go podczas badań prenatalnych. 95 proc. ich zabija się w Norwegii czy Stanach Zjednoczonych.

Jeśli dzieci takie w ogóle jeszcze się rodzą, to dlatego, że rodzice często nie decydują się na genetyczne testy prenatalne. Ten „skandal” może się jednak niebawem skończyć. I to nie tylko dlatego, że pojawiły się nowe, prostsze, skuteczniejsze i bardziej bezpieczne dla dzieci testy prenatalne. Coraz częściej mówi się już o konieczności wprowadzenia do praw nowoczesnych państw obowiązku badań prenatalnych (m.in. bułgarska minister zdrowia chce, by każda kobieta w ciąży musiała się im poddać, by wyeliminować przez aborcję dzieci chore lub zmusić ich matki do zrzeczenia się ubezpieczenia społecznego) lub przynajmniej obowiązkowych testów preimplantacyjnych w przypadku dzieci z zapłodnienia in vitro. Taki pomysł zgłosiły na łamach „American Journal of Bioethics” dwie amerykańskie bioetyczki Janet Malek z East Carolina University oraz Judith F. Daar z Whittier Law School.

Tanie „wygaszanie” życia

Ich zdaniem, jeśli rodzice mogą być nosicielami rozmaitych schorzeń genetycznych, to prawo może na nich nałożyć obowiązek takich badań. A powodem, poza rzekomym dobrem dzieci, ma być także dobro rodziców, którzy odmawiając takich badań, mogliby narazić się na proces wytoczony przez niepełnosprawne dzieci. Mogłyby one bowiem odkryć, iż żyją tylko dlatego, że przed implantowaniem ich do organizmu matki nie sprawdzono, czy są chore. Innym argumentem na rzecz takiego rozwiązania są korzyści ekonomiczne – uniemożliwienie narodzin dzieciom chorym ma sprawić, że państwo nie będzie musiało ponosić kosztów ich leczenia czy rehabilitacji.

I nie ma co ukrywać – oba argumenty za likwidacją chorych i upośledzonych, przywoływane przez Amerykanki dla usprawiedliwienia likwidacji niepełnosprawnych czy upośledzonych na zarodkowym etapie rozwoju, stosowane były także w hitlerowskich Niemczech. Tam również przygotowanie społeczeństwa do ostatecznego rozwiązania problemu niepełnosprawnych rozpoczęto od łzawych opowieści o konieczności ulżenia ich losowi. Na początku 1939 r. z listem do Hitlera zgłosił się pewien mieszkaniec Lipska, który chciał, by wydano zgodę na uśmiercenie jego cierpiącego dziecka. Urodziło się ono bez nogi, miało uszkodzoną rękę, nie widziało i prawdopodobnie cierpiało na niedorozwój umysłowy. Hitler wysłał do kliniki, w której dziecko przyszło na świat, swojego przybocznego lekarza, który uznał, że w takiej sytuacji można zdecydować się na „wygaszenie życia” (tak się wówczas ta procedura nazywała). Później rozszerzano ją na kolejne grupy ludzi, stopniowo rezygnując z opowieści o współczuciu, a skupiając się na kosztach, jakie ponosić musi państwo, utrzymując chorych i cierpiących.

Początkowo „wygaszano życie” schizofreników, ludzi dotkniętych padaczką, osoby cierpiące na starcze otępienie czy psychozy, paraliże oporne na leczenie, a także wszystkich, którzy przebywali w zakładach psychiatrycznych od więcej niż sześciu lat. W efekcie zamordowano – za pomocą tworzonych specjalnie na potrzeby tej akcji komór gazowych lub zwyczajnie rozstrzeliwując – ponad 70 tys. osób. Takimi akcjami kierowali lekarze, którzy jeszcze w latach 60. stojąc przed sądem, przekonywali, że likwidując chorych, kierowali się „wyłącznie współczuciem i miłością”.

Coraz bliżej nazizmu

Podobne „uczucia” przepełniają obecnie także holenderskich lekarze, którzy propagują eutanazję chorych psychicznie (także na depresję) czy brytyjscy specjaliści, którzy uznali, że nie warto leczyć 50-letniego mężczyzny chorego na zespół Downa, bo jakość jego życia jest za niska, by opłacało się reanimować go w sytuacji zapaści. Standardem usprawiedliwianym przez wielu bioetyków staje się również „usypianie” upośledzonych czy dotkniętych zespołem Downa noworodków. A wszystko oczywiście w imię wolności ich rodziców, a także prawa dzieci do szczęśliwego życia. Problem polega na tym, że 99 proc. osób z zespołem Downa badanych w Stanach Zjednoczonych uważało się za szczęśliwych...

Jeśli więc odrzeć współczesną argumentację z jej liberalnych ozdobników i pozostać przy samych twardych argumentach, to szybko okaże się, że niczym szczególnym nie różni się ona od argumentacji nazistów. Współczesnym utylitarystom także chodzi o usunięcie słabszych, umożliwienie rodzicom posiadania dzieci silniejszych i wreszcie o oszczędności finansowe, które dzięki takim działaniom poczyni państwo. Historia III Rzeszy niczego nas zatem nie nauczyła i nadal powtarzamy błędy naszych poprzedników. Pytanie tylko, ile osób będzie musiało jeszcze zginąć, zanim się obudzimy?

Więcej na płycie z filmem „Eugenika. W imię postępu” dołączonej do tego numeru „Gazety Polskiej”

Autor:

Źródło: Gazeta Polska

AKTUALNE PETYCJE

NAJNOWSZE Świat