Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Świat

„Poznaj Świat”: Kraj pól ryżowych i minowych

Portal Niezalezna.pl nawiązał współpracę z najstarszym polskim miesięcznikiem podróżniczo-reportażowym "Poznaj Świat".

Autor:

Portal Niezalezna.pl nawiązał współpracę z najstarszym polskim miesięcznikiem podróżniczo-reportażowym "Poznaj Świat".

Publikujemy dziś fragment tekstu z tego magazynu, poświęcony Górskiemu Karabachowi, który urzeka swoim pięknem, owianym nutką tajemnicy.

Zachęcamy jednocześnie do odwiedzin strony internetowej czasopisma poznaj-swiat.pl.



Kraj pól ryżowych i minowych

Tomasz Chyziński

Zjeżdżam rowerem z niewysokiego grzbietu górskiego, zostawiając za sobą Tajlandię. Przede mną – w znacznej części płaska – Kambodża. Pierwszy biwak robię na polnej drodze. Tak będzie bezpieczniej. Kambodża uchodzi za jeden z najbardziej zaminowanych krajów świata. To pozostałość po najczarniejszym okresie w jej historii: zbrodniczych rządach Czerwonych Khmerów i wojnie wietnamskiej, w którą uwikłali swój kraj.

Rok 1975, w którym Czerwoni Khmerzy doszli do władzy, ogłosili rokiem 0. Jednak dla wielu mieszkańców Kambodży (Khmerów) był ostatnim. Komunistyczny dyktator Pol Pot usiłował wcielić w życie wizję Kambodży rolniczej i samowystarczalnej. Za dewizy uzyskane z eksportu nadwyżek ryżu planowano sprowadzać towary niedostępne w kraju. Nadwyżek nie było, ale ryż i tak wędrował za granicę. Zapanował głód. Brakowało nie tylko żywności, ale także leków i ubrań. Pol Pot zabrał się do eliminowania rzeczywistej i domniemanej opozycji. Ginęli, nierzadko na torturach, przedstawiciele pomniejszych grup etnicznych, mnisi, lekarze, muzycy, wszyscy, którzy choćby przez fakt noszenia okularów, mogli uchodzić za inteligencję. Po czterech latach rządów Pol Pota populacja Kambodży zmniejszyła się o jedną trzecią. 70 procent ocalałych stanowiły kobiety. Przez kolejne 11 lat kraj okupowali Wietnamczycy. Przyszli z hasłem „Wyzwalamy od Pol Pota”.

Khmerskie karaoke
Pierwsi spotkani przeze mnie Khmerzy są bardzo mili, wręcz przyjaźni. Z jednej z przydrożnych wiejskich chałup wołają do mnie: – Chodź na owoce! Z innej zapraszają na obiad. Wieczorem chcę rozstawić namiot przy tutejszej szkole. Informuję o tym, na migi, grupkę miejscowych. Ci, po krótkiej naradzie, sygnalizują: to niebezpieczne. Któryś z Khmerów podaje mi telefon. Słyszę kobiecy głos, mówiący po angielsku: – Idź za właścicielem telefonu. Zaprowadzi cię na nocleg. To blisko.
Pół kilometra dalej znajdujemy elegancki dom. Uśmiechnięci ludzie prowadzą do pokoju, w którym będę spał. Częstują kolacją. Kuchnia kambodżańska to światowa czołówka! Jem, słuchając, jak moi gospodarze podśpiewują. Mieszkańcy Azji Wschodniej uwielbiają karaoke. O 22. generator prądotwórczy zostaje wyłączony. Czas spać.
Rano zaczyna się ruch przy stojącej obok domu pompie. Pompy ufundowali tu Australijczycy, chcąc podnieść stan higieny w kraju, gdzie wodę wciąż czerpie się głównie z niezbyt czystych rzek. Mój gospodarz, jak widać, to ktoś znaczniejszy, co najmniej sołtys – taki duży dom, przy nim pompa, generator prądotwórczy i do tego prywatny zestaw do karaoke. Wieś nie jest zelektryfikowana. Gdzieś na jej skraju hałasuje wielki generator. Ładuje akumulatory samochodowe, które potem ktoś rozwiezie po domach. Dla wielu jedynym urządzeniem elektrycznym jest mała lampka, która musi wystarczyć, by rozproszyć mrok nocy.

Z grabiami na ryby
Któregoś dnia śniadanie jem w dawnym ogrodzie królewskim niedaleko Siem Reap. Na ławce zjadam kanapkę bynajmniej nie królewską. Wokół mnie piętrzą się pozostałości stolicy wielkiego imperium Khmerów. Nie przypuszczałem, że te budowle będą tak imponujące. Kilometry ścian pokryte płaskorzeźbami. To tutaj znajduje się największa budowla religijna świata – świątynia Angkor. A także inna, chyba najpiękniejsza, jaką kiedykolwiek widziałem: Bayon.
Jedną ze świątyń właśnie rekonstruują. Nowoczesny sprzęt, dźwigi... Idzie im jednak jakoś nieporadnie. Nieopodal młodzi ludzie wciskają turystom pamiątki. Ich niewielki zysk uszczupli potem skorumpowana policja. Niepłacący haraczu nie mają prawa sprzedaży.
Oto potomkowie narodu, który niegdyś władał Azją Południowo-Wschodnią. Dawniej imperium, dziś jeden z najbiedniejszych krajów świata.

Zamiast szampana, kwiat lotosu
Phnom Penh, stolica Kambodży w czasach Pol Pota niemal opustoszała. Wszystkich mieszkańców wygnano do pracy w polu. Przymusowa ewakuacja objęła nawet pacjentów szpitali, którzy umierali podczas owego marszu śmierci.
Dziś Phnom Penh prezentuje się zgoła inaczej. Choćby na ulicach: ruch, ogromne zamieszanie. Pojazdy jeżdżą lewą stroną, prawą, jak im wygodniej. Samochody, skręcając w boczną drogę, przed skrzyżowaniem zjeżdżają na przeciwległy pas, oczywiście blokując całą resztę. W stolicy skupia się cały – słabo w tym kraju rozwinięty – przemysł. Widok robotników spieszących do fabryk, kojarzy się z dziewiętnastowiecznymi rycinami. Szare, zmęczone twarze. Przeważają młode kobiety. Do pracy jeżdżą w przepełnionych, kilkudziesięcioosobowych przyczepach motocykli.
Jest 1 stycznia, jednak tu nikt nie świętuje Nowego Roku. Obowiązuje kalendarz buddyjski, w którym rozpoczęcie roku wypada zazwyczaj w lutym. Ich sprawa, ja postanowiłem, chociaż symbolicznie, uczcić ten dzień. Funduję sobie małą, ale egzotyczną, ucztę. Na początek, kwiat lotosu, a właściwie jego nasiona. Wydłubuje się je z nierozwiniętego jeszcze pąku. Drugie danie jest też całkiem niezwykłe. To kambodżański przysmak: wielkie jak dłoń, smażone tarantule! Natura poskąpiła im urody, są ogromne i włochate. Budzą odrazę, ale po usmażeniu są naprawdę smaczne. Kto by pomyślał.
Nowy Rok i nowa przygoda. Przed przekroczeniem granicy oddaję rower do myjni. Za naprawdę profesjonalne umycie i naoliwienie części ruchomych płacę jedynie pół amerykańskiego dolara! Teraz w pełnej krasie – sam się też wyszorowałem i przebrałem – mogę rozpocząć poznawanie Wietnamu.

Całość artykułu w archiwalnym numerze miesięcznika "Poznaj Świat" z listopada 2011r. Zachęcamy naszych Czytelników do odwiedzin strony Poznaj-Swiat.pl

Autor:

Źródło: Poznaj Świat

AKTUALNE PETYCJE

NAJNOWSZE Świat