Trudno uwierzyć, że niespełna 100 lat temu w 27 stanach USA obowiązywało prawo, na którego mocy 65 tys. Amerykanów zostało wysterylizowanych, bo byli biedni, chorzy, czarni etc. Poza przymusową sterylizacją chemiczną na świecie mordowano dzieci niepełnosprawne, dochodziło do licznych zbrodni na tle rasowym. Adolf Hitler przed wojną podziwiał morderczych naukowców z Ameryki, którzy pragnęli stworzyć nowy świat – rasę ludzi pięknych i zdrowych. Na bazie ich doświadczeń stworzył wojenną machinę eksterminacji Żydów i nie tylko.
Przerażająca historia nie skończyła się jednak na II wojnie światowej. Po 1945 r. eugenika przeszła „lifting”. Naukowcy zmienili jej nazwę na genetykę i kontynuowali prace często w tych samych katedrach, w których eugenicy tworzyli schematy wyhodowania człowieka idealnego. Jak dziś nazwać aborcję eugeniczną?
Na zachodzie Europy, przypomina w filmie Joanna Najfeld, nie rodzą się już dzieci z zespołem Downa. Te, których nie zamordowano w łonie matki, najczęściej nie były „odpowiednio” zdiagnozowane podczas badań prenatalnych. Jak dziś nazwać in vitro? Zapłodnione na szkle komórki są obserwowane. Do macicy wszczepiane są te silniejsze. Trudno nie znaleźć tu odniesień wprost do metod eugenicznych. Spór o początek życia ludzkiego niewiele zmienia. Każdy z nas był embrionem. A nawet jeśli nie jesteśmy pewni, od kiedy zaczyna się człowiek, to lepiej zachowawczo nie eliminować embrionów, tak jak sąd nie skazuje na śmierć, gdy nie ma absolutnej pewności sprawstwa zbrodni.
Eugenika była kiedyś nachalną ideologią. Nie przyjęła się w krajach katolickich. Dziś aborcja i in vitro to zabijanie po cichu. Zalegalizowane na mocy politycznych kompromisów.
Już w najbliższą środę film „Eugenika. W imię postępu” z tygodnikiem „Gazeta Polska”
