Do wyborów liczymy już nie dni, ale godziny. Według ostatnich sondaży Barack Obama i Mitt Romney biegną do Białego Domu w tym samym tempie. Który obejmie prowadzenie na kluczowym odcinku?
Gdybym znał odpowiedź, mógłbym teraz zbić fortunę. Od lat analizuję wybory w USA i różne konstelacje widziałem, ale na podstawie danych, którymi dysponuję, nie jestem w stanie nawet teraz stwierdzić, kto dobiegnie pierwszy. Biegną łeb w łeb. Wiele zależy od tzw. swing states, czyli stanów, w których wynik może być zupełnym zaskoczeniem, ich liczba w tym roku jest rekordowo wysoka. Zarówno Barack Obama, jak i Mitt Romney, jak na prawdziwych wojowników przystało, są pewni swojego zwycięstwa, ale analitycy rozkładają ręce. Nie odważę się wskazać palcem jednego z nich i powiedzieć: to następny prezydent USA. Te wybory obfitują w nieoczekiwane zwroty akcji.
Kilka dni temu Newt Gingrich w studiu telewizji ABC wypomniał Barackowi Obamie, że z uwagi na huragan Sandy zrezygnował z planowanych podróży, ale nie wykonał podobnego gestu po ataku na konsulat USA w Bengazi. Obama stracił czy zyskał wizerunkowo w ostatnim tygodniu przed wyborami?
Newt Gingrich nie upomniał Obamy za to, że przez Sandy odwołał swoje podróże po USA, ale za to, że po ataku w Bengazi, gdy sytuacja wymagała wyjątkowych środków i gestów, nie zrobił nic. Nie ulega wątpliwości, że kiedy zdarza się kataklizm, akcje urzędującego prezydenta mogą wzrosnąć. Powód jest banalny: to on, a nie jego rywal, ma okazję, by pokazać, że panuje nad sytuacją. Sandy jest właśnie taką okazją. Korzystając z niej, można zabłysnąć lub polec.
W 2005 r., kiedy Ameryka żyła huraganem Katrina, prezydent George W. Bush spisał się naprawdę dobrze, ale i tak już po wszystkim nie brakowało głosów krytyki. Ludzie byli zdania, że Bush mógł się bardziej postarać. Obama ma świadomość, po jak cienkim lodzie stąpa, decyzja o zawieszeniu kampanii na czas huraganu była słuszna. Zamiast jeździć po kraju, zaprezentował swoje zdolności przywódcze z centrum zarządzania kryzysowego. Kampanię wyciszył również Mitt Romney, odwołując m.in. wizytę w jednym z kluczowych swing states – Ohio. W obliczu żywiołu sztaby obu kandydatów musiały skorygować swoje strategie. Nie dało się zignorować huraganu i robić swoje, jak gdyby nigdy nic. Ludzie mogliby to odebrać jako żerowanie na ich nieszczęściu. Uważam, że obaj politycy, spowalniając kampanię, prawidłowo zareagowali na nastroje społeczne. Na pierwszy plan zarówno u Obamy, jak i u Romneya wysunęła się troska o ludzi, czy mają co jeść, gdzie się skryć, czy dysponują wystarczającym zapasem wody, czy mają generatory prądu etc. To są kwestie, które w ciągu ostatnich kilku dni najbardziej zaprzątały głowy Amerykanów. Wybory zeszły na drugi plan. Wracając jednak do słów Newta Gingricha – on unaocznił kontrast między pełną mobilizacją Obamy w wypadku Sandy i jego biernością w sprawie Bengazi. Nie jest jednak jasne, jak wyborcy odbiorą tę zmianę w zachowaniu Obamy, czy uznają ją za czystą grę polityczną, czy też za próbę zrehabilitowania się za Libię. Z pewnością wielu Amerykanów, zwłaszcza na Wschodnim Wybrzeżu, czyli ci, którzy najbardziej ucierpieli na skutek huraganu, zapomniało o wyborach, bo muszą wpierw stanąć na nogi. I to jest priorytet. 6 listopada jeszcze mnóstwo ludzi będzie bez prądu, nie jestem przekonany, czy w tych okolicznościach pomyślą o głosowaniu.
Mitt Romney miał również odwiedzić Iowa, ale odwołał podróż z powodu Sandy. Wizyta miała mieć szczególne tło. Okazało się bowiem, że cztery największe gazety wydawane w tym stanie oficjalnie go poparły. Ostatni raz prasa w Iowa postawiła na kandydata Republikanów w 1972 r. Chodziło wówczas o Richarda Nixona. Skąd ta rewolucja?
Sytuacja faktycznie jest nietypowa, zwłaszcza w wypadku największej gazety „The Des Moines Register". To dziennik liberalny, lewicowy, jego poparcie dla Romneya zaskoczyło nie tylko mieszkańców stanu, ale i sztabowców Obamy. Cztery lata temu gazeta wspierała obecnego prezydenta. Myślę, że ta niespodziewana zmiana frontu politycznego mediów w Iowa odzwierciedla trend obecny w całych USA. Ludzi zajmuje przede wszystkim gospodarka, co widać z każdym nowym sondażem. Tymczasem w programie wyborczym Obamy ekonomia jest wątkiem jakby pobocznym. Więcej czasu poświęcił aborcji niż gospodarce. A realia są takie, że kiedy pytano wyborców Demokratów, co jest dla nich najważniejsze, mówili: ekonomia. I mogli pomstować na Romneya za to, że odrzuca aborcję, ale jednocześnie doceniali jego żyłkę do interesów, czyli umiejętność, której Obamie zabrakło.
Barack Obama, udzielając wywiadu magazynowi „The Rolling Stone", nazwał Romneya „łgarzem". Zapłaci za to wizerunkowo?
Obama powinien unikać takich sformułowań, nie usprawiedliwia go to, że słowo „łgarz" jest powszechnie używane. Prezydentura zobowiązuje. W debatach Obama sugerował, że Romney nagina fakty, ale nigdy nie oskarżył go wprost o kłamstwo. Ogólnie kampania wyborcza prezydenta wrzała od emocji, Obama posuwał się do osobistych wycieczek pod adresem Romneya, a ten nie pozostawał mu dłużny, chociaż był zdecydowanie bardziej opanowany od swojego rywala. Oceniam tę kampanie jako brudną, ale i tak bez porównania z tymi toczonymi w XVIII w., to dopiero był teatr. Myślę, że Obama czasem coś powie, a potem tego żałuje.
Tak jak podczas drugiej debaty telewizyjnej, kiedy minął się z prawdą w sprawie ataku na konsulat w Bengazi, a moderująca spotkanie dziennikarka Candy Crowley wzięła jego stronę?
Sam wybór Candy Crowley na jedną z osób moderujących debaty spotkał się z negatywnymi reakcjami Republikanów. To dziennikarka lewego skrzydła, Republikanie obawiali się, że będzie się mieszała do debaty. I nie pomylili się. Natomiast co do nagłaśnianej przez Romneya porażki Obamy w Bengazi, to może ona naturalnie wpłynąć na to, jak prezydent jest odbierany, ale myślę, że decydującym czynnikiem w tych wyborach będzie mimo wszystko gospodarka.
Kampania toczyła się między biegunem Obamy i Romneya, a przecież mamy jeszcze innych kandydatów. Dlaczego praktycznie nic nie wiemy o Garym Johnsonie i Virgilu Goode?
Dobre pytanie. To są interesujący kandydaci i mimo swojego marginalnego znaczenia mogą się okazać niebezpieczni dla Romneya. Gary Johnson wystartował z listy libertariańskiej. Jako były gubernator Nowego Meksyku może liczyć na głosy tamtejszych wyborców. Startujący z Partii Konstytucyjnej były kongresmen Virgil Goode może natomiast odebrać Romneyowi głosy bardziej konserwatywnych Amerykanów w swoim mateczniku – stanie Wirginia.
Jak opisałby Pan kampanię Romneya i Obamy jednym słowem?
Mam kłopoty, by zmieścić się w 140 znakach na Twitterze, ale spróbuję. Romney to dla mnie „przywództwo". Mimo braku doświadczenia dowiódł bowiem, że może być liderem. Obama kojarzy mi się ze słowem „naprzód". Jego kampania opierała się na nieznacznie zmodyfikowanych scenariuszach, które dały mu prezydenturę cztery lata temu. Obama kontynuuje to, co wydaje się mu nadal słuszne.
