Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Świat

„Poznaj Świat“: Autostopem przez autonomię

Portal Niezalezna.pl nawiązał współpracę z najstarszym polskim miesięcznikiem podróżniczo-reportażowym "Poznaj Świat".

Autor:

Portal Niezalezna.pl nawiązał współpracę z najstarszym polskim miesięcznikiem podróżniczo-reportażowym "Poznaj Świat".

Publikujemy dziś fragment tekstu z tego magazynu, poświęcony Górskiemu Karabachowi, który urzeka swoim pięknem, owianym nutką tajemnicy.

Zachęcamy jednocześnie do odwiedzin strony internetowej czasopisma poznaj-swiat.pl.


Autostopem przez autonomię
Anna Bunikowska

Wraz z pięcioma współpasażerami, plecakami i jazgotem ormiańskiego disco, wjechaliśmy kanarkowym matizem do Górskiego Karabachu. Droga wiła się wśród postrzępionych łańcuchów gór, ścian świerkowych lasów i przez malowniczo nabite chatami wioski. Artak miał rację: zobaczyć Karabach, to się w nim zakochać.

Ministerialne pertraktacje
Euforię przygasił pierwszy posterunek policji. Okazało się, że jako zagraniczni turyści, powinniśmy się zameldować, a nie przemykać autostopem. Musieliśmy kupić wizy i zadeklarować, gdzie i w jakim celu zamierzamy jeździć. Nie przywykliśmy do planowania tras podróży, a o tym regionie wiedzieliśmy zasadniczo, że to urodziwa, choć znękana wojnami kraina. Mieliśmy dwie mapy Kaukazu, z których tylko jedna uznawała Karabach za autonomię. Obiecaliśmy dopełnić formalności w Stepanakercie i z powrotem upchnęliśmy się w samochodzie naszych przygodnych znajomych. Policja łaskawie zignorowała fakt, że matiz nie jest wozem siedmioosobowym.

Stepanakert wyobrażałam sobie jako ubogą, z trudem odradzającą się stolicę wyniszczonej autonomii. Tymczasem zobaczyliśmy zadbane, zielone miasto. Dobrze zaopatrzone sklepy, kawiarnie i kawiarenki internetowe, kosze na śmieci rozstawione wzdłuż czystych chodników. Tylko widok mijanych co krok żołnierzy nie pozwalał zapomnieć o problemach tego regionu.
Wizę należało wyrobić w Ministerstwie Spraw Zagranicznych Republiki. Wydawana na 21 dni, kosztuje 3 tys. dram (ok. 8 USD). Mile nas to zaskoczyło, bo w na forach internetowych zwykle podaje się ceny bardziej wygórowane. Niestety, wiza nie może opiewać na czas dłuższy niż wiza armeńska. To zmuszało nas do wyjazdu z Karabachu po 9 dniach. Dodatkowo, w ministerstwie należało wypełnić „kartę podróżną”, wpisując planowane cele podróży. Zmiana trasy i wjazd w strefę zagrożenia miały się wiązać z poważnymi konsekwencjami karnymi.
Jak zwiedzić Karabach w 9 dni? Rozłożyliśmy świeżo nabytą mapę, na której terytorium autonomii było niemal dwa razy większe niż na tej przywiezionej z Polski. Wpisaliśmy na naszą „kartę podróżną” wszystkie przygraniczne wioski. Urzędniczka w błękitnej bluzce z falbankami, z uroczym uśmiechem je wykreśliła. Rozpoczęliśmy pertraktacje. Urzędniczka stworzyła nam nową mapę Karabachu, zakreślając zakazane miasta, zaznaczając pola minowe, podkreślając interesujące wioski. Z autentyczną troską wyznaczyła nową trasę naszej podróży. Wyruszyliśmy następnego dnia.

Magiczna ściana małego Dawida
Karabach, podobnie jak Armenia, słynie z architektury sakralnej. Jednak do wielu kościołów prowadzą już tylko zarośnięte ścieżki, znane nielicznym miejscowym. Niejedna świątynia ginie w kompletnym zapomnieniu. Warto ich szukać, pytać o nie i odwiedzać. Trzeba zobaczyć osławiony Goszawank, ciężki Gandzasar, lekką i elegancką białą cerkiew w Szuszi czy otoczony masywnym murem Amaras. Dla mnie wyjątkowy jest kompleks klasztorny w Dadivank, wyglądający z daleka jak baśniowy zamek, zagubiony w bujnej zieleni. Nasz przewodnik Dawid miał 10 lat i dwie siostry. Powiedział nam to po angielsku, bo w szkołach podstawowych Karabachu już nie uczą rosyjskiego. Dawid znał wszystkie zakamarki Dadivanku. Prowadził nas przez obszerne sale, kaplice i kapliczki, zapadające się pomieszczenia gospodarcze. Pokazywał, tłumaczył i z niegasnącym entuzjazmem zalewał nas potokami informacji. Pod wysokimi sklepieniami gnieździły się nietoperze. W chłodnym półmroku zrujnowanej kapliczki odpoczywały krowy, a przejść między budynkami broniły kolczaste jeżyny. Dla Dawida największą tajemnicą tego miejsca była magiczna ściana, cała usiana kamyczkami. Z gruzowiska pod stopami wybraliśmy płaski kamyk, który po energicznym potarciu o ścianę, przywarł do niej. Do dziś nie rozumiemy, co powodowało to tajemnicze przyciąganie.

Ten sam język, ta sama niechęć
Podróżując po Karabachu, automatycznie porównuje się go z Armenią. Po obu stronach granicy mieszkają Ormianie. Mówią tym samym językiem i pędzą taki sam bimber. Niestety, historia i polityka podzieliły ich, obciążając mrowiem długów, zatargów i zależności. Górski Karabach to dziś autonomia. Ma własną flagę, godło, rząd i odrębną politykę zagraniczną. W Armenii granicy z Turcją strzegą rosyjscy żołnierze, a Rosjanie swobodnie podróżują po całym kraju, lubiani i szanowani. Do Karabachu wstępu nie mają. W Armenii Lenin i Stalin postrzegani są jako wybitni przywódcy, zbawcy narodów słowiańskich. A dla mieszkańców Karabachu cały dramat rozpoczął się, gdy Lenin postanowił podarować te ziemie Azerom.
Ormianie z przeciwnych stron granicy wzajemnie za sobą nie przepadają. Karabach zresztą raczej skupia się na swoich sprawach, na nieustającym konflikcie z Azerbejdżanem. Ludzie są tu równie gościnni jak w Armenii – zaskakująco szczodrą kaukaską gościnnością – jednak mniej wylewni, oszczędniejsi w słowach, a zarazem bardziej tolerancyjni. Kolejnej wojny jednak nikt nie chce, ani w Karabachu, ani w Armenii. Ale jedyną łączącą je drogą wojskowe karawany wciąż transportują żołnierzy i amunicję.

Czarna kołdra i niebieski bukiecik
Opuszczaliśmy Karabach nocą, gnani terminem wygaśnięcia wizy. Ciemnymi i pustymi drogami, pieszo i stopem, dowlekliśmy się do przydrożnej knajpy. W telewizorze płonęły rosyjskie lasy, a my wzmacnialiśmy morale kubkiem herbaty i ciastkiem. Ciastko było duże. I gratisowe. Jedynym prócz nas gościem był kierowca ciężarówki, czekający niecierpliwie na dowóz paliwa. Kilka podejść do zaśnięcia na chyboczącej się ławie sprawiło, że Tomek rozłożył karimatę przy stercie przejrzałych bakłażanów. Mnie przypadła w udziale klitka z polowym łóżkiem i kudłami owczej wełny w kącie. Gospodarz troskliwie przykrył mnie kołdrą, czarną i sztywną od wiekowego brudu. Skulona, by mieć jak najmniejszą powierzchnię styku z tą „materią”, usiłowałam niepostrzeżenie się spod niej wygrzebać. Czujny właściciel za każdym razem jednak opatulał mnie po samą szyję. Na pożegnanie podarował mi jeden z bukiecików ziół, suszących się nad ladą. Drobne, szarawe listki, niebieskie kwiatki, to urc – tutejsza herbata.
Gdy pojaśniało, pierwszy raz mogłam się przyjrzeć naszej noclegowni. Stojące przy wejściu kosze na śmieci były wielkimi łuskami po pociskach.


Całość artykułu w archiwalnym numerze miesięcznika "Poznaj Świat" z grudnia 2011r. Zachęcamy naszych Czytelników do odwiedzin strony Poznaj-Swiat.pl

Autor:

Źródło:

AKTUALNE PETYCJE

NAJNOWSZE Świat