Zasadnicza kwestia po wyborach parlamentarnych w Gruzji to utrzymanie dalszego kursu na Europę. Nie obawia się Pan, że to już koniec tych właśnie gruzińskich marzeń?
Prezydent Saakaszwili następnego dnia po wyborach pokazał, że w polityce gruzińskiej obowiązują już europejskie standardy. W sposób umiarkowany, bez emocji złożył gratulacje zwycięskiej opozycji i zadeklarował przejście do opozycji. Teraz utrzymanie tych standardów będzie zależało od głównych aktorów naszej sceny politycznej. Cieszę się też, że wybory w Gruzji – a przecież przyglądało im się wielu obserwatorów z różnych państw – okazały się w pełni demokratyczne i uczciwe. Przyznam, że nawet sami Gruzini są zaskoczeni tym, jak spokojnie wszystko przebiegło.
Były jakieś obawy, że stanie się inaczej?
Z pewnością. Nawet baliśmy się, że poleje się krew. Przecież emocje z obu stron politycznego sporu zostały bardzo rozbudzone. Mam nadzieję, że nasz demokratyczny sygnał zostanie dobrze odebrany na Zachodzie i w USA. Tam, gdzie mamy naprawdę dobre relacje, Niestety, to nie dotyczy Rosji, którą najwyraźniej gruzińskie osiągnięcia drażnią. Wierzę, że to moment przejściowy, a Rosja po prostu nerwowo odreagowuje fakt, że nie ma spójnej polityki wobec Kaukazu. Osobiście mam nadzieję, że to się zmieni na lepsze dla mojego narodu.
Wierzy Pan w dobre, partnerskie stosunki z Rosją? Raczej mało prawdopodobne...
Zobaczymy. Gruzini z pewnością chcą żyć w zgodzie ze wszystkimi sąsiadami. Ale wszystko zależy, na jakich warunkach.
Ogromny posąg Matki-Gruzji w Tbilisi to kobieta. W jednej dłoni trzyma czarę z winem, a w drugiej miecz...
Właśnie – wino dla przyjaciół, ale miecz dla wrogów, gdyby mieli jakieś wątpliwości, że potrafimy się obronić.
W czasie wyborów w Gruzji na granicy z okupowaną przez Rosjan Osetią zgromadzone zostały poważne siły armii rosyjskiej. To z pewnością nie przypadek?
U naszego wielkiego sąsiada nie ma przypadków. Tam wszystko jest wykalkulowane, przeliczone politycznie. Rosja cały czas pręży muskuły. Choć na razie widać z jej strony zaledwie taki kontynentalny imperializm. Rosjanie stracili kontrolę nad wieloma swoimi dawnymi republikami i wciąż tęsknią do dawnego status quo. To niewątpliwie niebezpieczne, ale wierzę, że na straszeniu się skończy. Współczesny świat potrzebuje współpracy. Ludzie chcą normalnie żyć, a nie walczyć, uczestniczyć w konfliktach. Ze strony Rosji doświadczyliśmy agresji w 2008 r. W ciągu kilku dni wojny zniszczony został nieraz dorobek wcześniejszych 20 lat. Sąsiada wybierać nie możemy, ale Rosja musi zrozumieć, że Gruzja idzie własną drogą. I nie chce poddać się takim rosyjskim wpływom, tak jak dawne republiki Azji Środkowej, Ukraina czy Białoruś. Oczywiście istnieje obawa, że koalicja, która wygrała teraz wybory w Gruzji, skręci politycznie w stronę Rosji. Oby nie stało się tak, że nasze otwarcie na świat i niezależność zostaną zaprzepaszczone.
Dlaczego partia Saakaszwilego przegrała wybory? Przecież Gruzja się rozwija, macie wolność gospodarczą, zwalczyliście skutecznie korupcję.
Paradoksalnie to trochę efekt demokratyczny. Ludzie po prostu poczuli zmęczenie rządzącą ekipą. Uwierzyli, że inni ludzie będą rządzić lepiej, sprawniej. Poza tym jest tak, że administracja, kadry, powinny współpracować z liderem. Jeżeli lider – tak jak Saakaszwili – za szybko „biega”, to administracja często za nim nie może nadążyć. Tak trochę było w naszym kraju. Pomysły dobre, ale realizacja często o wiele gorsza. Ceną okazała się wyborcza porażka.
