Zabici dziennikarze to Amerykanka Marie Colvin, pracująca dla brytyjskiego "Sunday Timesa", i francuski fotoreporter Remi Ochlik. Oboje byli doświadczonymi korespondentami wojennymi.
Jeden ze świadków powiedział agencji Reutera, że pocisk uderzył w dom dziennikarzy, w chwili gdy ci próbowali z niego uciec. W budynek uderzyło ponad 10 pocisków rakietowych.
44-letnia Colvin została zapamiętana jako nieustraszona reporterka, która straciła oko, gdy została ranna szrapnelem na Sri Lance w 2001 roku. Po tym ataku często występowała publicznie z czarną przepaską na oku.
Urodzony we Francji w 1983 roku Ochlik ostatnio fotografował rewolucje w Tunezji, Egipcie i Libii. Pierwszym konfliktem, który relacjonował, był konflikt na Haiti; Ochlik miał wtedy 20 lat.
Ponadto co najmniej dwoje innych zagranicznych dziennikarzy zostało rannych. Jedna z nich, Amerykanka, jest w bardzo ciężkim stanie - poinformowali działacze z Hims.
Właśnie na Hims, trzecim co do wielkości mieście kraju, koncentrują się w ostatnich tygodniach ataki sił rządowych. 3 lutego wojsko wierne prezydentowi Baszarowi el-Asadowi rozpoczęło ofensywę na miasto, w wyniku której zginęło kilkaset osób.
Ponadto obrońcy praw człowieka poinformowali w środę, że żołnierze i członkowie milicji lojalnych wobec Asada schwytali, a następnie zastrzelili 27 młodych mężczyzn w trzech wioskach na północy Syrii.
Mężczyźni, wyłącznie cywile, zginęli we wtorek wieczorem od strzałów w głowę lub klatkę piersiową we własnych domach lub na ulicach. Do ataków doszło we wsiach Idita, Iblin i Balszon w prowincji Idlib, graniczącej z Turcją.
Organizacja Syryjska Sieć na rzecz Praw Człowieka podała w oświadczeniu, że siły Asada "tropiły cywilów w tych wioskach, po czym ich aresztowały i bez wahania zabijały". "Zabijany był każdy, kto nie zdołał uciec" - poinformowano. Obrońcy praw człowieka podali, że tylko jeden młody mężczyzna przeżył masakrę, za którą "odpowiedzialność ponosi zwierzchnik sił zbrojnych Baszar el-Asad"
Interwencja militarna jedynym rozwiązaniem
Interwencja militarna jest jedynym rozwiązaniem dla trwającego już prawie rok kryzysu w Syrii, który kosztował życie tysięcy ludzi - ogłosiła Opozycyjna Narodowa Rada Syryjska (NRS).
"Jesteśmy naprawdę blisko uznania interwencji militarnej za jedyne rozwiązanie" - powiedziała na konferencji prasowej w Paryżu przedstawiciel NRS Basma Kodmani. Jej zdaniem, alternatywą byłaby długotrwała wojna domowa.
Kodmani powiedziała też, że NRS proponuje, by Rosja, która zawetowała w Radzie Bezpieczeństwa ONZ rezolucję przeciwko reżimowi syryjskiemu, pomogła przekonać Damaszek do zagwarantowania bezpiecznego korytarza konwojom z pomocą humanitarną dla ludności cywilnej w Syrii.
Zwróciła uwagę, że NRS zaproponowała ustanowienie takich korytarzy z Libanu do obleganego przez siły reżimowe miasta Hims na zachodzie Syrii, z Turcji do Idlib na północnym zachodzie i z Jordanii do Dary na południowym zachodzie.
Na spotkaniu grupy "Przyjaciół Syrii", zapowiedzianym na piątek w Tunisie, NRS zamierza też wezwać Egipt do ograniczenia dostępu do Kanału Sueskiego wszystkim statkom, transportującym broń dla reżimu syryjskiego.
Syryjskie siły bezpieczeństwa zabiły we wtorek w mieście Hims oraz w miastach i wioskach prowincji Idlib przygranicy z Turcją co najmniej 100 osób. Międzynarodowy Czerwony Krzyż (MCK) zaapelował o codzienne przerwy w walkach aby niezbędna pomoc mogła dotrzeć do potrzebujących. Waszyngton oświadczył, że nadal opowiada się za rozwiązaniem politycznym, ale nie wyklucza innych opcji.
Według opozycji, wśród ofiar śmiertelnych jest dziesięcioro dzieci i trzy kobiety.
MCK apeluje do władz syryjskich
"Obecna sytuacja wymaga natychmiastowego podjęcia decyzji umożliwiającej wprowadzenie humanitarnej przerwy w walkach" - oświadczył w opublikowanym komunikacie Jakob Kellenberger, przewodniczący MCK. Zaapelował on do władz syryjskich, a także do pozostałych stron konfliktu, o "codzienne przerwy w walkach trwające co najmniej 2 godziny".
Kellenberger dodał, że w Hims i innych rejonach objętych walkami "całe rodziny pozbawione są przez wiele dni możliwości zakupu chleba i innej żywności a także wody i lekarstw".
Apel MCK poparł Biały Dom, którego rzecznik Jay Carney oświadczył, że Stany Zjednoczone nadal opowiadają się za politycznym rozwiązaniem konfliktu i "nie chcą podejmować działań, które przyczynią się do dalszej militaryzacji Syrii". "Nie wykluczamy jednak dodatkowych posunięć" - dodał. Podobne oświadczenie złożyła rzeczniczka Departamentu Stanu Victoria Nuland.
Ani Carney ani Nuland nie chcieli sprecyzować na czym "dodatkowe posunięcia" miałyby polegać. Zdaniem Reutera, dali oni w ten sposób do zrozumienia, że USA nie wykluczają wysłania broni syryjskim rebeliantom.
Sekretarz generalny ONZ Ban Ki Mun oświadczył we wtorek, że poszukuje odpowiedniego kandydata na stanowisko koordynatora ds. humanitarnych w Syrii, który mógłby również zająć się poszukiwaniem możliwości politycznego rozwiązania konfliktu.
Mija blisko rok, od kiedy w Syrii rozpoczęły się demonstracje przeciwko reżimowi prezydenta Asada. Początkowo pokojowe wystąpienia, brutalnie tłumione przez władze, przerodziły się w opór zbrojny. Przeciwko Asadowi zwrócili się dezerterzy z armii, którzy utworzyli Wolną Armię Syryjską, walczącą z siłami rządowymi.
Według obrońców praw człowieka konflikt pochłonął już około 7 tys. ofiar. Odpowiedzialność za rozlew krwi większość światowej opinii publicznej przypisuje głównie władzom w Damaszku. Ostatni styczniowy bilans ONZ mówił o 5,4 tys. zabitych. Od tego czasu ONZ nie aktualizuje liczby ofiar, ponieważ trudno jest zweryfikować nadchodzące doniesienia o zabitych.
Władze syryjskie twierdzą z kolei, że "terroryści" chcą podzielić kraj. Rząd utrzymuje, że zbuntowana ludność i wspierający ją żołnierze są świetnie uzbrojeni i posiadają m.in. broń izraelską.
W środę Syryjskie Obserwatorium Praw Człowieka poinformowało, że od wybuchu antyreżimowej rewolty w marcu 2011 roku zginęło w Syrii ponad 7,6 tys. ludzi. Wśród nich jest około 5540 cywilów, prawie 1700 żołnierzy i członków służb bezpieczeństwa i blisko 400 dezerterów - sprecyzował szef Obserwatorium, Rami Abdel Rahman.