Sytuacja na granicach Ukrainy z Rosją i Białorusią staje się coraz bardziej napięta. Od kilku tygodni Rosjanie zwiększają przy granicy swoją obecność wojskową, a Łukaszenka deklaruje, że jest "jasne, po czyjej stronie stanie Białoruś" w przypadku konfliktu. Ukraiński wywiad przewiduje, że kraj może paść ofiarą ataku już w najbliższych miesiącach.
O napiętą sytuację na Wschodzie zapytany został dziś gość Tomasza Sakiewicza w programie "Dziennikarski poker", Marcin Przydacz, wiceszef MSZ.
- Ryzyko eskalacji na wschodzie Europy pozostaje bardzo wysokie. O tym premier Morawiecki mówił, alarmował naszych partnerów zachodnich, żebyśmy byli przygotowani politycznie, oraz nie dopuścili do podziału Europy, bo Moskwa i Mińsk liczą na to, że podzielą nas różną tematyką, krytykując nas przy pomocy wolnych mediów, których Łukaszenka i Putin są "wielkimi przyjaciółmi". Chętnie wykorzystują oni media na świecie po to, by dyskredytować pozycje Polski lub innych państw
- mówił wiceminister.
Przydacz zaznaczył, że rządowi zależało, by "przedstawić sytuację jaką ona jest, a nie jaką przedstawiała cześć mediów światowych".
- Nie chcemy czekać, aż sytuacja wyeskaluje do takich rozmiarów, w których będziemy mieli duży problem. Słowa w dyplomacji mają znaczenie, nie tylko te wyrażane publicznie, ale także w kanałach bilateralnych, by nasi partnerzy z NATO, z UE twardo oczekiwali od Mińska i Moskwy deeskalacji i by byli przygotowani do odpowiedzi - stwierdził.
- Sam fakt, że mogą się pojawić reakcje polityczne i ekonomiczne na Rosję i Białoruś w razie eskalacji, może ochłodzić gorące głowy w tamtych stolicach. Nad tym pracowaliśmy. Na poziomie dyplomatycznym pracujemy nad tym, by doktryna odstraszania, o której mówi się w NATO była rzeczywiście realizowana
- dodał wiceminister spraw zagranicznych.