"A czego miałbym się bać? Dużo bardziej boję się, że jesteśmy tak bardzo zamkniętym społeczeństwem. Homogenicznym. Małe wymieszanie krwi dobrze by nam zrobiło" - mówił Dariusz Michalczewski w Gazecie Wyborczej.
"Z czasem trochę też zmieniłem zdanie o uchodźcach, bo na początku myślałem, że oni po prostu muszą się przystosować. Wydawało mi się, że muszą być grzeczni i pokorni. Tym bardziej, że tam mają problemy – nie mogą tutaj robić wszystkiego, co im się zachce. Napastowanie kobiet, kradzieże, to wkurza człowieka. Tylko pamiętajmy też, że to nie wszyscy tak robią" - mówił z rozmowie z natemat.pl.
"Może Polakom, którzy tak jak ja wyjechali do Niemiec, łatwiej się było dostosować, niż Arabom, choćby ze względu na religię, podobieństwo kulturowe. To jednak tych ludzi nie tłumaczy, muszą wiedzieć, że pewne rzeczy, które robią są karygodne. A jeśli tego nie zrozumieją, to za każde przestępstwo powinni być odsyłani do domu. Myślałem, że jak do nas przyjedzie 7 tys. uchodźców, to łatwo się ich porozdziela – że to będzie kropelka w morzu. Ale jak słyszę o tym, co się dzieje w Niemczech, to widzę, że oni są bardzo ekstremalni. Wkurza mnie też to, że zaczynają kraść. Ja, gdy przyjechałem do Niemiec, to chodziłem na budowę, zbierałem truskawki, robiłem różne inne rzeczy. Nie wychylałem się przed szereg. Tym bardziej, że byłem uciekinierem, który w Niemczech dostał szansę. My wzięliśmy uchodźców z litości, bo jest tam wojna, ale oni nie mogą się u nas panoszyć" - mówił Michalczewski.