"Anoda" po wojnie jako podkomendny płk. Jana Mazurkiewicza "Radosława" działał w podziemiu antykomunistycznym, nadzorował ekshumacje i pochówek towarzyszy broni z Powstania Warszawskiego. We wrześniu 1945 roku ujawnił się i podjął studia na Politechnice Warszawskiej. Na ulicy Koszykowej w siedzibie UB "Anoda" przeszedł okrutne śledztwo. 7 stycznia 1949 roku w niewyjaśnionych okolicznościach wypadł z okna na czwartym piętrze. Według UB miało to być samobójstwo, wiele przemawia za tym, że został zakatowany na śmierć. Jego losy opisał Mariusz Olczak, historyk Archiwum Akt Nowych.

Fot. "Anoda" po aresztowaniu. Archiwum IPN
- Gdy w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia dowiedziałem się, że „Anoda” jest aresztowany, postanowiłem już wtedy nie nocować w domu - wspomina jego kolega "Henryk Kończykowski ps. "Halicz", który z nim studiował na Politechnice Warszawskiej w strukturach antykomunistyczny z "Anodą", ukrywał się i po aresztowaniu został skazany na 15 lat więzienia, z czego 4 przesiedział Jego losy opisane zostały w książce "Zośkowiec". Z prac historyków wynika, że 40 żołnierzy "Zośki" zostało po wojnie aresztowanych.

Fot. "Halicz" po aresztowaniu. Archiwum IPN
Jak wyglądała Wigilia w komunistycznych więzieniach? - W więzieniu na Ratuszowej w 1951 r. były maleńkie cele, a w każdej po 12 osób. Pamiętam głód i brud. Jedną pajdkę chleba zachowaliśmy specjalnie na wigilię. Ten kawałek chleba podzieliliśmy na 12 malutkich części. Strażników na czas Bożego Narodzenia było znacznie więcej. Czegoś musieli się bać… Więźniowie składali sobie życzenia. Ale co to mogły być za życzenia, gdy wielu z nas czekało na egzekucję… Pukaliśmy też w ściany do naszych sąsiadów w niewoli. W naszej celi miałem najłagodniejszy wyrok – 15 lat więzienia. Czego sobie wtedy życzyliśmy? Aby wyjść na wolność. Myślałem sobie wtedy, że wyjdę z więzienia w wieku 50 lat i wiedziałem, że koledzy z celi mogli tylko o takim scenariuszu pomarzyć. Nie wolno nam było śpiewać kolęd, więc śpiewaliśmy szeptem. Gdyby kogoś złapali na śpiewaniu, to dostałby za to co najmniej dwa dni głodówki. Prezentów oczywiście być nie mogło. Modliliśmy się. W celi byli żołnierze od „Łupaszki”, był profesor z Delegatury Rządu na Kraj, pilot z Anglii, żołnierze z okolic Ciechanowa, Sierpca… - wspomina.

"Halicz" w czasach konspiracji. Archiwum IPN.
Jak wcześniej,podczas okupacji niemieckiej świętowało środowisko „Zośki” święta Bożego Narodzenia? - Na Wigilię nie zbieraliśmy się wszyscy, bo to by było zbyt niebezpieczne. Spotykaliśmy się drużynami. Pamiętam jak na taką wigilię w 1942 albo 1943 r., przyszedł Konrad Okolski ps. „Kuba”. Ustawiliśmy się w szeregu i „Kuba” wzniośle mówił o perspektywach. Do każdego pochodził i dzielił się opłatkiem. Taki podniosły nastrój się zmienił, gdy przyszedł Janek Rodowicz „Anoda” i zaczął śpiewać i opowiadać dowcipy. „Zośkową” wigilię mieliśmy też po Powstaniu Warszawskim w Podkowie Leśnej w wynajmowanym przez Kazimierza Łodzińskiego „Kapsiuta” pokoju. To był 1944 r. Przybyli ci, którzy byli wówczas na tym terenie: „Grom”, „Zagłoba”, „Kmita”, brat „Broma” oraz dziewczyny – „Bogna” i „Madzia”. Przyszedł też do nas płk „Anatol” i przyniósł nam w prezencie… karabin. Do picia była gorąca woda, którą wcześniej zalewało się obierki z jabłek… Pamiętam nastrój wyczekiwania i rozmowy o tym, jak zachować się wobec komunistów - wspomina.
"Halicz" wspomina też święta Bożego Narodzenia w więzieniu na Rakowieckiej: "byliśmy wymieszani i w celach mieszkało nawet po 50 osób. Byli tam tacy, którzy wcześniej byli pułkownikami w UB i zostali skazani za jakieś machlojki. Trzeba było być ostrożnym, bo wśród nas byli donosiciele. Nie śpiewaliśmy tam kolęd nawet szeptem. Tak samo było w obozie na Gęsiówce, gdzie byłem później więziony".
Pierwsza Wigilia na wolności? - Wypuszczono mnie w listopadzie 1954 r. Zobaczyłem normalne życie, ale czułem się w nim obcy. Jak przyszedłem do domu, to mama dała mi jeść. Dostałem zupę w talerzu i myślę sobie, że nie wiedziałem, że aż tak źle musi być w domu, bo zupę dostałem w płytkim talerzu. Nie mówiłem tego głośno, a po prostu nie mogłem się przestawić z jedzenia w misce, w której jadłem prawie cztery lata. Ten talerz więc wydawał mi się płytki, a nie głęboki, choć takim był. To Boże Narodzenie też dla mnie takie było w domu specyficzne. Nie potrafiłem się odnaleźć. Czułem się obco. Nie mieliśmy też z żoną i dziećmi mieszkania... Później już spędzaliśmy ten czas lepiej - dodaje "Halicz"
O śmierci „Anody” rodzinę powiadomiono jego dopiero 1 marca 1949 roku. Wcześniej, 12 stycznia, jego ciało zostało anonimowo pogrzebane na Cmentarzu Powązkowskim. Bliscy Rodowicza potajemnie przeprowadzili ekshumację i trumnę umieszczono w rodzinnym grobie na Starych Powązkach. Symboliczny grób znajduje się dziś także w Kwaterze „Na Łączce” Cmentarza Wojskowego w Warszawie. Jan Rodowicz "Anoda", został pośmiertnie odznaczony przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski.

Fot. Okładka książki Agnieszki Pietrzak.
W dniu 11 stycznia o godz. 17.00 odbędzie się w Muzeum Powstania Warszawskiego promocja książki Agnieszki Pietrzak opisującej powojenne represje wobec "Anody", "Halicza" i innych żołnierzy Harcerskiego Batalionu Armii Krajowej "Zośka".