Jak wyglądały wigilie w Pana domu w przedwojennej Warszawie?
Były bardzo rodzinne. Przychodził na nie m.in. mój ojciec chrzestny, wielki miłośnik epoki napoleońskiej, i zawsze przynosił mi jakąś książkę. Wypatrywaliśmy z dziećmi pierwszej gwiazdki. Nie lubię ryb i grzybów, więc nie jadałem tych głównych wigilijnych dań. Oczywiście śpiewaliśmy kolędy. Mój ojciec cudownie grał na skrzypcach.
Przychodził św. Mikołaj?
Tak. Jak byliśmy mali, przebierał się za Mikołaja mój ojciec (śmiech). Szybko przestaliśmy się na to nabierać, więc od pewnego momentu znajdowaliśmy prezenty już tylko pod choinką. Pamiętam, że dostałem kiedyś pod choinkę konia na biegunach, którego bardzo się wystraszyłem. Innym razem dostałem dosyć drogie, nowe łyżwy figurowe. Wraz z braćmi też kiedyś zrobiliśmy prezent ojcu. U znanego fotografa na Marszałkowskiej zrobiliśmy wspólne bardzo duże zdjęcie i je oprawiliśmy. Ojciec zawiesił je na ścianie w swojej sypialni. Zdjęcie to niestety spłonęło w Powstaniu Warszawskim. Mamie natomiast własnoręcznie utkałem kiedyś kilim. Ojciec dzielił się zawsze opłatkiem ze służbą i miał też dla nich prezenty – najczęściej ubrania.
Jaki był nastrój świąteczny w przedwojennej Warszawie?
Ulice były rozjaśnione i panował duży ruch pieszych. Sklepy pełne towarów i ludzi. Mnóstwo było wspaniałych świątecznych dekoracji, więc w nocy było jasno jak w dzień!
Jak wspomina Pan wigilię w czasie okupacji?
Wtedy takim nowym wigilijnym daniem musiała być kapusta z grochem, bo z kupnem ryb był już problem. W grudniu 1939 r. było najgorzej. Nawet nie było w domu choinki. Nie można jej było nigdzie kupić, bo Warszawa była zamkniętym miastem. Na szczęście nigdy nie zabrakło opłatka. Życzyło się szybkiego zakończenia wojny. Pamiętam, że któregoś roku na pasterkę była zniesiona godzina policyjna. To było wielkie święto. Pamiętam też szopki patriotyczne w kościołach.
Środowisko „Zośki” spotykało się w wigilię?
Nie zbieraliśmy się na nią wszyscy, bo to by było zbyt niebezpieczne. Spotykaliśmy się drużynami. Pamiętam jak na taką wigilię w 1942 albo 1943 r., przyszedł Konrad Okolski ps. „Kuba”. Ustawiliśmy się w szeregu i „Kuba” wzniośle mówił o perspektywach. Do każdego pochodził i dzielił się opłatkiem. Taki podniosły nastrój się zmienił, gdy przyszedł Janek Rodowicz „Anoda” i zaczął śpiewać i opowiadać dowcipy. „Zośkową” wigilię mieliśmy też po Powstaniu Warszawskim w Podkowie Leśnej w wynajmowanym przez Kazimierza Łodzińskiego „Kapsiuta” pokoju. To był 1944 r. Przybyli ci, którzy byli wówczas na tym terenie: „Grom”, „Zagłoba”, „Kmita”, brat „Broma” oraz dziewczyny – „Bogna” i „Madzia”. Przyszedł też do nas płk „Anatol” i przyniósł nam w prezencie… karabin. Do picia była gorąca woda, którą wcześniej zalewało się obierki z jabłek… Pamiętam nastrój wyczekiwania i rozmowy o tym, jak zachować się wobec komunistów.
„Anodę” aresztowano w wigilię 1949 r. Pana życie wtedy się zmieniło…
W pierwszy dzień świąt dowiedzieliśmy się, że „Anoda” jest aresztowany. Postanowiłem już wtedy nie nocować w domu. Podczas ukrywania się u rodziny koło Wolsztyna przyjechała do mnie żona z dziećmi. To było bardzo niebezpieczne, ale dzięki temu mieliśmy w miarę normalne święta.
Jak wyglądała wigilia w komunistycznych więzieniach?
W więzieniu na Ratuszowej w 1951 r. były maleńkie cele, a w każdej po 12 osób. Pamiętam głód i brud. Jedną pajdkę chleba zachowaliśmy specjalnie na wigilię. Ten kawałek chleba podzieliliśmy na 12 malutkich części. Strażników na czas Bożego Narodzenia było znacznie więcej. Czegoś musieli się bać… Więźniowie składali sobie życzenia. Ale co to mogły być za życzenia, gdy wielu z nas czekało na egzekucję… Pukaliśmy też w ściany do naszych sąsiadów w niewoli. W naszej celi miałem najłagodniejszy wyrok – 15 lat więzienia. Czego sobie wtedy życzyliśmy? Aby wyjść na wolność. Myślałem sobie wtedy, że wyjdę z więzienia w wieku 50 lat i wiedziałem, że koledzy z celi mogli tylko o takim scenariuszu pomarzyć. Nie wolno nam było śpiewać kolęd, więc śpiewaliśmy szeptem. Gdyby kogoś złapali na śpiewaniu, to dostałby za to co najmniej dwa dni głodówki. Prezentów oczywiście być nie mogło. Modliliśmy się. W celi byli żołnierze od „Łupaszki”, był profesor z Delegatury Rządu na Kraj, pilot z Anglii, żołnierze z okolic Ciechanowa, Sierpca…

Fot. Zdjęcie z kartoteki Henryka Kończykowskiego. Archiwum IPN.
A w więzieniu na Rakowieckiej?
Na Mokotowie już tak nie było. Tam byliśmy wymieszani i w celach mieszkało nawet po 50 osób. Byli tam tacy, którzy wcześniej byli pułkownikami w UB i zostali skazani za jakieś machlojki. Trzeba było być ostrożnym, bo wśród nas byli donosiciele. Nie śpiewaliśmy tam kolęd nawet szeptem. Tak samo było w obozie na Gęsiówce, gdzie byłem później więziony.
Pierwsza Wigilia na wolności musiała być dla Pana niezwykła…
Wypuszczono mnie w listopadzie 1954 r. Jednak w tym „normalnym” życiu czułem się obcy. Mama dała mi zupę. Gdy zobaczyłem, jak płytki jest to talerz, zrozumiałem, jak jest źle. Boże Narodzenie też było specyficzne. Nie potrafiłem się odnaleźć. Czułem się obco. Nie mieliśmy z żoną i dziećmi mieszkania... Później było już lepiej. (...)
Całość w "Gazecie Polskiej Codziennie"