Alexander Borodai, premier samozwańczej Donieckiej Republiki Ludowej powiedział, że jego wojska uzyskują wsparcie ze strony Rosjan, ale nie od państwa Rosyjskiego.
Terroryści są powszechnie oskarżani o zestrzeleni pasażerskiego Boeinga 777 z 298 osobami na pokładzie. Wszyscy pasażerowie zginęli, gdy samolot rozbił się na terytorium wschodniej Ukrainy.
Borodai przyznał, że rebelianci otrzymali wsparcie od "całego narodu rosyjskiego" w walce z rządem ukraińskim - pisze BBC.
- Wolontariusze dołączają do nas - powiedział w programie Newsnight opisując siebie jako jednego z "mieszkanieców miasta Moskwy". - Tak się złożyło, że zamiast siedzieć w rowie z karabinem lub pistoletem maszynowym, obejmuję teraz stanowisko premiera. Cóż ... taki los – mówił Borodai.
Zaprzeczył, że był członkiem rosyjskiej agencji wywiadowczej, jak często twierdził.
Lider prorosyjskich terrorystów przyznał jednak, że ma kontakt innymi członkami tajnych służb w Rosji - powiedział. - Jak każdy "kto ma do czynienia z elitą społeczeństwa" - dodał.
Prorosyjscy napastnicy zostali oskarżeni o utrudnianie dostępu do miejsca katastrofy zespołowi obserwatorów z Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (OBWE). Zarzucano im również nieodpowiednie chronienie i przechowywanie ciał na miejscu katastrofy.
Borodai zaprzeczył temu, że międzynarodowi obserwatorzy ostrzegali ich przed przemieszczaniem ciał.
- Chcieliśmy zabrać ciała od samego początku - twierdzi samozwańczy premier. - Byliśmy pod ogromną presją ze strony przedstawiciela OBWE, który powiedział do nas:" Ja reprezentuje 57 krajów. Nie waż się pod żadnym pozorem dotykać ciał zmarłych. Inaczej 57 państw OBWE zrobi to Tobie” – mówi terrorysta.
- Więc czekaliśmy dzień. Potem drugi, trzeci. No dajcie spokój. Nie było żadnego eksperta. Cóż, więc zostawiliśmy tam ciała, w 30 stopniowym upale. To absurd. To jest po prostu nieludzkie. To scena z horroru – mówił Borodai.
Rzecznik OBWE powiedział BBC, że organizacja nie ostrzegła rebeliantów przed przemieszczaniem ciał.