A więc sekcie pozostaje wersja, zgodnie z którą to polscy żołnierze przewożeni samolotem do Afganistanu nanieśli trotyl i nitroglicerynę na pokład, wtarli to dziadostwo w fotele, a na koniec dokonali akrobatycznych ewolucji tylko po to, by materiały wybuchowe rozetrzeć na blachach skrzydła. Co więcej, zrobili to od razu w dwóch tupolewach.
Oszołomy z „Gazety Polskiej” mogą sobie pisać o zagadkowych remontach tupolewów w Samarze u kumpla Putina. Profesorowie mogą dawać tysiąc dowodów na eksplozje w samolocie kilkaset metrów przed miejscem katastrofy. Nasza dzielna prokuratura z poświęceniem zajmie się znajdowaniem dowodów na brak dowodów. Zabroni użycia spektrometrów do badania ekshumowanych szczątków ofiar, a pobrane próbki rozbitego tupolewa odda Rosjanom. Gdy zajdzie potrzeba, udowodni, że nawet u premiera można znaleźć ślady trotylu. W końcu też siedział w fotelach tupolewa.
