Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Ryszard Czarnecki,
23.01.2017 18:50

Parlament Europejski skręcił w prawo

Mamy nowe władze Parlamentu Europejskiego – jednej z trzech głównych instytucji U – ale jedynej (!) wybieranej w demokratycznych wyborach.

Mamy nowe władze Parlamentu Europejskiego – jednej z trzech głównych instytucji U – ale jedynej (!) wybieranej w demokratycznych wyborach. W czasie gdy cała Europa skręca w prawo, również europarlament skręcił w prawo.

Na przewodniczącego PE sporą przewagą głosów wybrano Włocha Antonio Tajaniego z Europejskiej Partii Ludowej – i jest to najbardziej prawicowy szef tej instytucji w ostatnim ćwierćwieczu. Ten dotychczasowy pierwszy wiceprzewodniczący parlamentu, mającego swoje siedziby w Brukseli, Strasburgu i Luksemburgu, niegdyś dwukrotny włoski komisarz w Komisji José Manuela Durão Barroso, a nawet wiceszef KE, były bliski współpracownik Silvio Berlusconiego, a wcześniej popularny dziennikarz nigdy nie krytykował Polski i polskich władz. To odróżnia go od wielu polityków jego własnej frakcji, jak choćby jej przewodniczącego, Niemca Manfreda Webera z CSU, który na początku stycznia opowiadał koszałki-opałki o milionach opozycyjnych demonstrantów w Polsce. Tajani w debacie poprzedzającej wybory w Strasburgu zorganizowanej przez wpływowy brukselski tygodnik „Politico” nie opowiedział się za możliwością ukarania naszego kraju sankcjami. Podkreśla, że jako prawnik z wykształcenia musi z definicji bardzo ostrożnie podchodzić do takich obostrzeń wobec krajów członkowskich.

Tajani – człowiek kompromisu

Następca Martina Schulza jest zupełnie innym typem polityka niż ten niemiecki socjalista. Były już przewodniczący europarlamentu starał się być swoistym kanclerzem PE, narzucając swoją wolę i swoje poglądy reszcie posłów – Tajani wręcz przeciwnie. Włoch woli być przewodniczącym sensu stricte, „ojcem parlamentu”, reprezentującym wszystkich posłów, godzącym różne opcje. Czasem się uśmiecham, że ulubionym słowem nowego szefa Parlamentu Europejskiego jest „kompromis”. Dla Martina Schulza tym słowem kluczem, nawet jeśli nigdy o tym nie mówił, była „walka”. Niemiec był niesłychanie zideologizowanym przewodniczącym PE – Tajani wręcz przeciwnie: to pragmatyczny Włoch, który we własnym interesie (choć oczywiście też w interesie instytucji, którą kieruje) będzie starał się łączyć, nie dzielić, szukać tego, co wspólne, a nie tego, co różni. Schulz był gwiazdą mediów, Tajani w znacznie mniejszym stopniu będzie szukał medialnego poklasku. Schulz to europejski federalista, zwolennik najsilniejszej, jak się tylko da, Brukseli. Tajani natomiast jest ostrożny, co do takich planów i strzelistych deklaracji, może dlatego, że widzi, iż europejskie narody mają w tej sprawie kompletnie inny pogląd i demonstrują go coraz silniej i bardzo praktycznie.

Nowy włoski przewodniczący europarlamentu jest głęboko wierzącym katolikiem, podkreślającym skądinąd wpływ, jaki wywarł na niego polski papież. Zresztą większość dorosłego życia Tajaniego przypadła na pontyfikat Jana Pawła II. Ma też zdroworozsądkowe podejście do problemu imigrantów!

Kulisy prawyborów

Gdy w grupie EPP, czyli Europejskiej Partii Ludowej, odbywały się prawybory, mówiło się, że Antonio Tajani to „prawica EPP” i że być może lepiej wybrać do starcia z kandydatem lewicy – też zresztą Włochem, szefem socjalistów w PE Giannim Pitellą – kogoś bardziej „umiarkowanego”. Podobno taki właśnie pogląd wyrażał niemiecki szef frakcji Manfred Weber, dyskretnie wspierając, na kontrze do Tajaniego, Irlandkę Mairead McGuinness. Tymczasem chadeccy posłowie, jak cały Stary Kontynent, poszli w prawo i Antonio Tajani już w pierwszej rundzie omal nie uzyskał większości bezwzględnej. Jego przewaga była tak duża, że konkurenci: były francuski minister Alain Lamassoure, wspomniana tu już wiceprzewodnicząca PE Irlandka McGuinness czy były premier Słowenii Alojz Peterle wycofali się z wyborczego wyścigu, popierając Włocha.

A teraz o polskim wymiarze wyborów w Parlamencie Europejskim. Wymiarze właśnie, bo napisanie o „polskich akcentach” byłoby zaniżeniem naszego polskiego wkładu i realnej polskiej obecności w tej strukturze. Jedna uwaga: tym, którzy dziwią się kolejnym wyborom w europarlamencie, mimo że od jego wyłonienia upłynęło ponad dwa lata, wyjaśniam, że każda pięcioletnia kadencja PE podzielona jest na dwie połówki, w których następuje rotacja władz i w prezydium i szefostwach komisji. Nie oznacza to oczywiście, że często jest to bardziej kontynuacja niż zmiana.

Polska dobra zmiana w Parlamencie Europejskim

Gdy chodzi o polską obecność w tej dobrej zmianie w brukselsko-strasburskim parlamencie, o po raz pierwszy mamy aż trzech Polaków w poszerzonym prezydium PE. Dotychczas trzykrotnie mieliśmy dwóch rodaków w tym gremium, dwa razy po jednym. W latach 2004–2007 wiceprzewodniczącymi PE byli Janusz Onyszkiewicz oraz Jacek Saryusz-Wolski. W latach 2007–2009 również dwóch – Adam Bielan i Marek Siwiec. W okresie 2009–2012 jeden, za to przewodniczący PE Jerzy Buzek (plus kwestor, czyli – powiedzmy – skarbnik, Lidia Geringer d’Odenberg), w kolejnym: 2012–2014 jeden wiceprzewodniczący PE Jacek Protasiewicz (plus kwestorzy – ponownie Geringer d’Odenberg oraz Bogusław Liberadzki). Już w tej kadencji Polska w poszerzonym prezydium PE miała najpierw trzech przedstawicieli: wiceprzewodniczący Ryszard Czarnecki i dwóch kwestorów – Karol Karski i Bogusław Liberadzki, a teraz co prawda po raz drugi też trzech, ale dwóch wiceprzewodniczących z prawami głosu, gdyż wspomniany wyżej Bogusław Liberadzki będzie tym razem w prezydium Parlamentu Europejskiego zasiadał już nie jako kwestor tylko wiceprzewodniczący.

Nie mniej ważny od licznej polskiej obecności we władzach PE jest fakt, że mój wybór był pierwszym w historii polskiej obecności w Unii Europejskiej wypadkiem reelekcji, gdy chodzi o najważniejsze stanowiska unijne. Nie stało się to udziałem ani komisarz Danuty Hübner, ani komisarza Janusza Lewandowskiego czy też przewodniczącego europarlamentu Jerzego Buzka i pięciu dotychczasowych polskich wiceprzewodniczących tejże instytucji. To chyba też świadczy raczej o polskiej sile niż słabości. A że stało się to z moim osobistym udziałem, tym większa dla mnie satysfakcja. Trzeba jednak pamiętać, że przede wszystkim jest to sukces Polski oraz Prawa i Sprawiedliwości.

Warto też rozbić kreowane przez opozycję stereotypy, że po dobrej zmianie Polska jest izolowana na arenie międzynarodowej. Proszę porównać: w roku 2012 kandydujący na wiceszefa Parlamentu Europejskiego Jacek Protasiewicz z rządzącej wówczas Platformy Obywatelskiej uzyskał w wyborach 204 głosy i 14. wynik – pięć lat później piszący te słowa dostał 328 głosów i 6. wynik. To w końcu liczą się z nami, czy się nie liczą? Warto też podkreślić wyraźnie zwiększoną obecność przedstawicieli Europy Środkowo-Wschodniej czy szerzej naszego regionu. Wcześniej (2014–2017) wśród wiceprzewodniczących byli: Polak, dwoje Rumunów, Węgierka, a wśród kwestorów dwóch Polaków i Bułgar. Teraz wśród wiceszefów PE znajduje się 2 Polaków, Czech, Węgierka i Rumun (wybrany w drugiej turze, ale jednak), a wśród kwestorów do duetu polsko-bułgarskiego doszedł Słowak. W sumie aż osiem osób z tzw. nowej Unii, w tym trzech Polaków. To oznacza, że zwiększyliśmy realną partycypację i kontrolę w ważnej instytucji unijnej.

Europa skręca w prawo, Parlament Europejski również (widać to także po wynikach wyborów do prezydium: z najmniejszą liczbą głosów przeszli do niego przedstawiciele Zielonych, liberałów i socjalistów – a miejsce tamże należało się im zgodnie z systemem d’Hondta). Idą śladem Polski: my skręciliśmy w prawo już wiosną 2015 r.

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane