Jako przykład tej tezy opozycja wciska nam postępowanie przed Europejskim Trybunałem Sprawiedliwości (ETS) w sprawie Puszczy Białowieskiej czy wezwania rządu RP do implementacji innych dyrektyw unijnych. Tak jakby rząd PO-PSL był w tym zakresie jakimkolwiek wzorem do naśladowania! Tymczasem jest wręcz przeciwnie. Liczba postępowań wytoczonych Polsce za rządów Tuska, a potem Kopacz była... rekordowa. Nie wynikało to bynajmniej z tego, że władze w Warszawie w latach 2007–2015 sprzeciwiały się Brukseli. Brak implementacji unijnego prawa (acquis communitaire) był efektem nie tyle obrony polskiego interesu narodowego przez rząd Platformy i PSL‑u, ile najzwyczajniej w świecie niechlujstwa i osławionej już „abdykacji” państwa polskiego w wielu obszarach. Tusk, a następnie jego wybranka na fotel premiera, zgadzali się na niemal wszystkie sugestie UE, ale słabość aparatu państwowego powodowała, że uzgodnione z Brukselą transfery dyrektyw unijnych na grunt polski nie były realizowane o czasie. To z kolei powodowało dziś już zapomniane napięcia, wnioski Komisji Europejskiej do Trybunału o ukaranie Polski, grzywny (kary) o bardzo wysokich dziennych przelicznikach.
Unijny entliczek-pentliczek
Żeby nie być gołosłownym, przedstawię długą (przepraszam, ale to wina Tuska) wyliczankę postępowań toczonych przeciw naszemu krajowi z inicjatywy Komisji. Trybunał Sprawiedliwości UE był adresatem następujących spraw wytoczonych przez KE przeciw Rzeczypospolitej.
I tak: Wyrok z 4 czerwca 2015 r. ws. podatku VAT od sprzętu medycznego oraz pozostałych urządzeń, a także produktów farmaceutycznych. Dodajmy: wyrok skazujący. Kolejna sprawa KE przeciw Polsce również zakończyła się wyrokiem skazującym. Miało to miejsce 11 czerwca 2015 r. Chodziło o wyłączenie komórek rozrodczych, tkanek płodowych z zakresu stosowania przepisów prawa krajowego (nie oceniam sprawy, stwierdzam fakt). Następna sprawa, wytyczona przez Komisję Europejską formalnie poprzedniemu rządowi, a w praktyce politycznej Polsce, dotyczyła szkoleń i certyfikatów związanych z fluorowaniem gazów cieplarnianych.
Kolejny wyrok zapadł 18 grudnia 2014 r. Chodziło o podatek VAT na artykuły przeciwpożarowe. Wyrok był, a jakże: skazujący. Następna sprawa i następny wyrok – to ten z 20 listopada 2014 r. Chodziło o unijną dyrektywę o ochronie wód zanieczyszczonych azotanami pochodzenia rolniczego.
Tusk się podlizywał, a i tak rząd PO dostawał w twarz
Kolejna sprawa KE kontra Polska. I kolejny skazujący wyrok Trybunału Sprawiedliwości. Wydano go w październiku 2014 r. Rzecz dotyczyła upraw genetycznie zmodyfikowanych, czyli GMO. Następne dochodzenie Komisji i następny werdykt Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w sprawie KE vs Rzeczpospolita Polska dotyczy tego samego roku, czyli roku wyborów europejskich. Wyrok ETS nastąpił 20 marca 2014 r., a dotyczył regulacji UE o… ruchu prawostronnym i obowiązku przeniesienia kierownicy z prawej na lewą stronę. Wydaje się to na pierwszy rzut oka trywialne i mało znaczące, ale skoro się rząd Tuska na to zgodził, a nie wdrażał tego, to zasadne jest pytanie, dlaczego opóźniano ten proces legislacyjny. Na pewno nie z przyczyn „ideologicznych”. Raczej to przykład totalnego bałaganu i chaosu, charakterystyczny dla „państwa Tuska”, które oznaczało zanikanie państwa polskiego.
I dalsza część kompromitującej dla poprzedniego rządu wyliczanki. Kolejna sprawa z 7 listopada 2013 r. związana jest z umową dotyczącą usług lotniczych między państwami członkowskimi Unii Europejskiej a tzw. państwami trzecimi. Następna afera, ósma w tym zestawieniu, dotyczy procesu wytoczonego przez Komisję Europejską naszemu krajowi 26 września 2013 r. Zakres sprawy: podatek VAT, procedury biur podróży.
I kolejne postępowanie Komisji przeciw Warszawie: dziewiąte licząc od ostatniego i dwa miesiące wcześniejsze niż poprzednie „VAT-owskie”, bo z 18 lipca 2013 r. Dotyczyło ono żywienia zwierząt paszami zmodyfikowanymi genetycznie (GMO).
Strasburg karał abdykujące państwo polskie
To chyba będzie mój najnudniejszy artykuł w „Gazecie Polskiej Codziennie”, bo składa się on z dość monotonnego wyliczania postępowań Brukseli przeciwko Polsce wytoczonych za poprzedniej władzy. Zestawienie to wszak obejmuje tylko część spraw skierowanych przez Komisję Europejską do Trybunału Sprawiedliwości. Kolejne orzeczenie to skazujący wyrok z 27 czerwca 2013 r. Chodziło o warunki udzielania zezwoleń na poszukiwanie, badania i produkcję węglowodorów oraz warunki korzystania z nich. Poprzedni wyrok skazujący zapadł w postępowaniu przeciwko Polsce prawie miesiąc wcześniej, bo 30 maja 2013 r. Chodziło o dyrektywę dotyczącą kolejnictwa i rozwoju kolei wspólnotowych. Poprzedzał go o rok i dwa miesiące inny wyrok Trybunału, również skazujący Rzeczpospolitą (z 29 marca 2012 r.). Chodziło o brak implementacji unijnej dyrektywy o dopuszczeniu leków do obrotu. Ledwie cztery miesiące wcześniej, na początku drugiej kadencji rządu Donalda Tuska, ETS skazał nas wyrokiem z 27 października 2011 r. w sprawie homologacji pojazdów silnikowych i ich przyczep.
Ciekawe, że tego samego dnia – 27 listopada 2011 r. – Trybunał skazał nasz kraj dwukrotnie (!). Ten drugi skazujący wyrok dotyczył ustawodawstwa dotyczącego ponownego wykorzystania informacji z obszaru sektora publicznego. Taki był mizerny początek funkcjonowania nowego-starego gabinetu Tuska w relacjach między Rzecząpospolitą a Unią Europejską. Rzecz w tym, że końcówka rządów PO-PSL wcale nie była lepsza. Tuż przed wyborami skwapliwie w mediach przemilczano inny wyrok skazujący wydany przez ETS.
Zapadł on 14 kwietnia 2011 r., a dotyczył pomocy publicznej przyznanej grupie technologicznej „Buczek”. Parę miesięcy wcześniej Trybunał sprawił państwu polskiemu swoisty „prezent bożonarodzeniowy”. Był nim wyrok ETS wydany dwa dni przed Wigilią (sic!), a dotyczący zaskarżenia rządu Tuska w obszarze farmakologii (datowany na 22 grudnia 2010 r.). Niespełna dwa miesiące wcześniej Trybunał w Strasburgu wydał wyrok skazujący (datowany na 28 października 2010 r.) w jeszcze innej sprawie. Chodziło o „Uchybienie zobowiązaniom państwa członkowskiego – Podatek od wartości dodanej – Dyrektywa 2006/112/WE – Późniejsze przystąpienie państw członkowskich Przepisy przejściowe – Stosowanie w czasie – Stosowanie obniżonej stawki – Odzież i dodatki odzieżowe dla niemowląt oraz obuwie dziecięce W sprawie C‑49/09...”. Przepraszam za przydługi cytat, ale na koniec chciałem pokazać przykład „eurospeaku”, czyli europejskiej nowomowy, urzędniczego, brukselskiego żargonu używanego bynajmniej nie tylko w sprawach wytaczanych przez organa Unii Europejskiej państwom członkowskim.
Aż siedem państw przed nami w klasyfikacji „zatargi z UE”
A skoro już jesteśmy przy krajach członkowskich (PCZ – w skrócie) UE to – poczynając od wstąpienia Polski i innych dziewięciu państw do Wspólnot Europejskich 1 maja 2004 r. – Rzeczypospolitej wytoczono prawie dwa razy mniej spraw o naruszenie unijnego prawa niż Włochom. Polsce – nieco ponad 1600, a Italii prawie 2900! Nasz kraj jest dopiero na 8. miejscu tej klasyfikacji „najbardziej niepokornych” (a często „najbardziej bałaganiarskich”) krajów UE. Przed nami spośród siedmiu państw większość to... członkowie założyciele Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali, a potem EWG – poza Włochami także Francja, Belgia i Luksemburg. Czy krytykujący nas szef Komisji Europejskiej, były premier Luksemburga, Jean-Claude Juncker tego nie wie? Czy najzagorzalszy wróg władz Rzeczypospolitej, były premier Belgii i szef liberałów w Parlamencie Europejskim Guy Verhofstadt tego nie wie? Obaj wiedzą doskonale, ale są hipokrytami i tego publicznie nie powiedzą. Podałem tę statystykę, aby uświadomić nam wszystkim, że w zatargi z Brukselą wchodzą notorycznie inne kraje, często na większą skalę niż Polska, a nasze państwo bynajmniej nie jest tu najgorszym pieniaczem.
Ta doprawdy monotonna wyliczanka polskich „grzechów” ustawodawczych i implementacyjnych w relacjach z UE za rządów PO-PSL służyła pokazaniu, że wcale nie jest tak, jak twierdzi totalna opozycja, a czasem i sugeruje sama Unia, że to obecne władze RP są szczególnie skonfliktowane z Brukselą. Znacznie więcej spraw przeciwko Polsce Komisja Europejska wytaczała za rządów Tuska i Kopacz. Szef ówczesnego rządu i PO jednocześnie na to pozwalał, bo zajęty był moszczeniem sobie własnego stanowiska w Unii. Państwo Platformy i jej obrotowego sojusznika było w stanie chaosu, który sprawiał, że nie wdrażano do polskiego prawa tego, co Brukseli obiecano. A jeśli nawet nie chciano implementować dyrektyw szkodliwych dla naszego interesu narodowego, to dlaczego nie zablokowano ich wcześniej, nie zawetowano na szczeblu procesu decyzyjnego, skoro – jak twierdzi PO – rząd Tuska miał takie świetne kontakty i „plecy” w Europie? W debacie o rzekomej izolacji Polski w Unii warto znać fakty, aby nie dać się wodzić za nos tym politykom, którzy w latach 2007–2015 cnotę w relacjach z Brukselą stracili, a „eurorubla” nie zarobili.