Trudno się dziwić. Już za czasów prezydenta Donalda Trumpa Polska stała się partnerem numer 1 USA w Unii Europejskiej i jest to kontynuowane za prezydentury Joego Bidena. Dodatkowo rola państwa polskiego wzrosła po rozpoczęciu przez Rosję wojny w Europie Wschodniej.
Kto się smuci, a kto cieszy
Polska przez wiele środowisk politycznych w UE była odbierana jako „frontman” w walce z narzucaną przez Brukselę przymusową relokacją nielegalnych imigrantów. Polski rząd często po prostu głośno mówił to, co władze innych krajów po cichu myślały. Stąd też swoisty fenomen trzymania kciuków za rządzącą naszym krajem formację przez partie polityczne naszego regionu Europy, które… są członkami Europejskiej Partii Ludowej (!), a więc rodziny politycznej, w której są PO i PSL.
Na wieczorze wyborczym Prawa i Sprawiedliwości byli – co umknęło uwadze dziennikarzy – liderzy niektórych partii politycznych z szeroko rozumianej Europy Środkowo-Wschodniej, dla których Polska jest punktem odniesienia. Dodajmy, że ich partie są w ścisłej czołówce poparcia w swoich krajach. W ostatnim czasie rozmawiałem o wyborach w Polsce z politykami z Rumunii, Węgier (nie z Fideszu!), Słowacji, Słowenii i wszyscy oni w dobrze pojętym interesie trzymali kciuki za obóz Zjednoczonej Prawicy.
Wybory w Polsce były ważne nie tylko dla naszych przyjaciół, lecz także dla naszych… wrogów w Europie Zachodniej. Olbrzymia większość niemieckiej klasy politycznej nie kryła się nawet ze wsparciem dla „demokratycznej opozycji”. Podobnie rządzący Francją, Holandią czy Danią. Z kolei Włosi z opcji rządzącej, Hiszpanie i Francuzi z opozycji mieli już zupełnie inne, bo skierowane w naszym kierunku, sympatie.
Niemiecko-unijny federalizm z Polską w tle
Warto pisać jednak nie o sentymentach lub życzeniach zwycięstwa, które dopływały do nas z różnych krajów i tak naprawdę z różnych stron sceny politycznej Europy. Warto przede wszystkim zadać sobie pytanie, jaka w tym kontekście będzie przyszłość naszej grupy politycznej w Parlamencie Europejskim, czyli Europejskich Konserwatystów i Reformatorów.
Dotychczas opierała się ona na sojuszu trzech partii rządzących w trzech państwach UE: polskiego PiS, Braci Włochów i czeskiego ODS. Jeżeli teraz nie uda się w Polsce powołać rządu z udziałem PiS, to czy zmaterializują się krążące od miesięcy plotki mówiące o przejściu partii premier Włoch Giorgii Meloni i premiera Czech Piotra Fiali do Europejskiej Partii Ludowej?
Oficjalnie tematu nie ma, a przedstawiciele obu tych rządzących ugrupowań zdecydowanie temu zaprzeczają. Czy tak samo będzie jednak po przyszłych wyborach europejskich w czerwcu 2024 r., jeżeli PiS znajdzie się w opozycji? Oby nie, choć rozważać pewnie trzeba różne scenariusze.
W najbliższą środę 25 października Komisja Spraw Konstytucyjnych europarlamentu ma przyjąć w Brukseli sprawozdanie przygotowane przez pięcioro posłów z różnych grup politycznych (bez eurorealistycznego EKR i eurosceptycznej Niepodległości i Demokracji), które wprowadza daleko idące zmiany w traktatach europejskich, będące milowym krokiem w kierunku stworzenia federalistycznego superpaństwa.
Z Parlamentu Europejskiego sprawa trafi do Rady Europejskiej, a więc na forum, które jest reprezentowane przez rządy państw członkowskich. Z całą pewnością Polska rządzona przez PiS zawetowałaby ten rewolucyjny, euroentuzjastyczny projekt. Czy jeśli nastąpi w Polsce zmiana rządu, też możemy na to liczyć? W oczywisty sposób nie, bo nawet oficjalnie deklarujące sprzeciw wobec wejścia Polski do strefy euro PSL jest przecież członkiem Europejskiej Partii Ludowej, której przedstawiciel, prof. Sven Simon, podpisał się pod tym zakładającym formalnoprawne i polityczne unijne trzęsienie ziemi projektem.
Dopiero co w TVP Info wystąpił poseł Koalicji Obywatelskiej Michał Krawczyk, który przedstawił iście karkołomną tezę, że unijny pakt migracyjny będzie szczególnie pomocny także w kontekście... muru na granicy Polski i Białorusi (!). To tak jakby powiedzieć, że dwa plus dwa równa się pięć, a czarne jest białe. To jednak pokazuje, że nawet czasem taktycznie krytykująca założenia polityki imigracyjnej UE opozycja, jak jest już po wyborach, zgadza się i zgodzi na wszystko, co proponuje Bruksela.
To jednak tylko przedsmak tego, co się stanie, jeśli partie obecnej opozycji utworzą rząd, który będzie reprezentował Polskę na forum UE, bezrefleksyjnie lub całkiem świadomie wspierając proimigracyjne regulacje Brukseli. I tego właśnie obawiali się w kontekście wyniku wyborów w Polsce nasi bliżsi i dalsi sąsiedzi, którzy wiedzieli, że jadą z Rzeczpospolitą na jednym, sprzeciwiającym się nielegalnej imigracji, wozie.
Nowy „ustrój” Unii
Nie przypadkiem, ale wręcz ewidentnie ze względu na wybory parlamentarne w Polsce przesunięto w Parlamencie Europejskim termin głosowania nad wspomnianym już projektem Komisji Konstytucyjnej PE, który w rewolucyjny sposób ma zmienić cały „ustrój” Unii Europejskiej. Nie chciano tymi tak daleko idącymi zmianami wystraszyć wyborców w Polsce, którzy nawet jeśli nie głosują na PiS, to niespecjalnie są gotowi poprzeć kontrowersyjną, stojącą zresztą w sprzeczności z tym, co zakładali katoliccy ojcowie zjednoczonej Europy, jak Robert Schuman i Alcide De Gasperi, ideę Stanów Zjednoczonych Europy.
Patrząc w szerszym kontekście międzynarodowym – to z innym rządem w Warszawie, czyli bez oporu Polski w Radzie Europejskiej, taki projekt będzie można znacznie łatwiej zrealizować. I wiedzą o tym w Budapeszcie, Pradze, Bukareszcie, Lublanie oraz w Bratysławie (nie przypadkiem wymieniam te właśnie stolice). Tę ostatnią Bruksela postraszyła: zapowiedziano, że jeżeli powstający rząd Słowacji nie będzie respektował zasadniczych kierunków polityki zagranicznej UE, to odcięte zostaną im środki z KPO! Przypomnę, że obszar polityki zagranicznej i bezpieczeństwa nie jest „uwspólnotowiony” i cały czas jeszcze podlega kompetencjom państw narodowych, a nie Brukseli. Jak widać, już tylko w teorii.
W kontekście tego, co napisałem, nie dziwi wcale, że wielu państwom UE i samej Komisji Europejskiej (to nie znaczy, że wszystkim komisarzom) zależało, aby po wyborach w Polsce stworzyć inny niż dotychczas rząd. I to dlatego z funduszy KE pójść miały grube miliony euro dla różnych fundacji w Polsce, pod pozorem przygotowania materiałów zwiększających frekwencję w wyborach parlamentarnych. Tymczasem te klipy, umiejętnie targetowane do określonych grup wyborców, zwłaszcza młodych, jednoznacznie grające na emocjach, uderzały w rząd, a akt głosowania przeciwko ekipie rządzącej uczyniły wręcz aktem „moralnym”. Słowem: zrobiono wszystko, aby w Polsce zmienić rząd, bo wiedziano, że to może skruszyć opór wobec Brukseli w grupie innych państw.