W ostatnim moim artykule pt. „Anegdota made in USA”, który ukazał się na łamach „Gazety Polskiej Codziennie” 12 listopada 2020 r., pisałem o Ameryce, przyglądającej się sobie w zwierciadle anegdoty. Dziś niejako kontynuacja tematu, tyle że w odniesieniu do Brytyjczyków. Nie, nie będę cytował skeczów Monthy Pythona – nie w tym rzecz. Chodzi mi raczej o pokazanie synów Albionu przez pryzmat anegdot, a więc czegoś, co zdarzyło się naprawdę z udziałem znanych polityków czy ludzi kultury.
Hitchcock od musicalu i 6 szylingów „rasisty” Kiplinga
Kiedyś Alfreda Hitchcocka, autora jednych z najwybitniejszych w historii kina filmów sensacyjnych, zapytano, dlaczego tworzy wyłącznie takie. Mistrz Alfred odpowiedział z typową dla swojej nacji ironią: „A jakie mógłbym robić? Przecież, gdybym zrobił musical, to cała publiczność czekałaby, kiedy jedna z tancerek padnie trupem”…
Nie polecam tego ani sobie, ani moim rodakom składającym zeznania do urzędów skarbowych, jedynie informuję, że wielki pisarz George Bernard Shaw – wiem, wiem, Irlandczyk, ale wówczas Irlandia była częścią Wielkiej Brytanii i Irlandczycy rozliczali się z brytyjskimi urzędami podatkowymi – składając kiedyś zeznanie podatkowe, w rubryce „Kto jest wspólnikiem w Pańskim interesie?” wpisał dowcipnie, ale też w jakiejś mierze zgodnie z prawdą: „Urząd Podatkowy”…
Pozostańmy w kręgu literatury angielskiej. Jeden z moich ulubionych pisarzy, Rudyard Kipling, autor „Księgi dżungli” − która w ostatnich latach przez różnych lewicowych oszołomów została uznana za rzekomo… rasistowską (sic!), co pokazuje kompletny brak zrozumienia historycznych kontekstów i aintelektualną chęć patrzenia na przeszłość przez współczesny pryzmat – jest bohaterem licznych anegdot. Jedna z nich szczególnie przypadła mi do gustu. Nie wydaje mi się, aby Kipling miał szkockie korzenie… a jednak ten laureat literackiej Nagrody Nobla z roku 1907 cieszył się w Londynie opinią pisarza świetnie opłacanego, któremu za każde słowo wydawca płacił astronomiczną kwotę 6 szylingów. Pewna wielbicielka jego twórczości, koniecznie chciała mieć jego autograf. Potraktowała tę opinię całkiem serio i do skierowanego do niego listu z prośbą o podpis załączyła… czek na 6 szylingów. Pisarz, który miał świadomość, jakie opinie o nim krążą, odpowiedział tylko jednym słowem: „Dziękuję”.
Królewskie poczucie humoru…
Poczucie humoru było (czy jest?) udziałem brytyjskich głów koronowanych. I tak król Edward VII panujący w latach 1901−1910, gdy był jeszcze uczniem, został kiedyś ostro przywołany do porządku przez księdza na lekcji religii: „Niech Wasza Królewska Mość nie zapomina, że jest jeszcze coś wyższego od króla”. „Wiem! As!” – zripostował późniejszy wielbiciel bakarata.
Edward VII panował w czasach, kiedy nie było podziału na niepodległą Irlandię i brytyjską Irlandię Północną, a Irlandia była, jak mówią Irlandczycy, „pod brytyjską okupacją”. Dlatego też znów zacytuję Irlandczyka George’a Bernarda Shawa, który przecież jest częścią anglosaskiego kodu kulturowego. Kiedyś irlandzki dramaturg się posprzeczał. Jego oponent zdenerwowany krzyknął: „Daję głowę, że mam słuszność!”. Na co Shaw odpowiedział: „Biorę w zastaw tylko rzeczy wartościowe”.
Prawdę mówiąc, nie znoszę George’a Davida Lloyda, brytyjskiego premiera sprawującego swoją funkcję w latach 1916−1922, za jego nieszczęsną linię Curzona i chęć zabrania Polakom Kresów Wschodnich oraz za to, że w ramach brytyjskiej balance of power, czyli równowagi sił na Starym Kontynencie, wspierał przegrane w I wojnie światowej Niemcy, co odbyło się kosztem Polski. W tej całej mojej niechęci do niego muszę jednak przyznać, że miał talent do celnych ripost. Tak było podczas spotkania wyborczego, gdy zdecydowana większość jego uczestników była do niego wrogo nastawiona. Bez przerwy przerywano mu, krzyczano i wyzywano go. W pewnym momencie jakaś nawiedzona kobieta zaczęła mu wygrażać pięścią i krzyczeć: „Gdyby pan był moim mężem, dałabym panu trucizny!”. Na co premier Lloyd z angielską flegmą: „Gdyby pani była moją żoną, to pozwoliłbym się jak najszybciej otruć”.
Cóż, nobody is perfect, w związku z tym, przyznaję: urodziłem się w Londynie. Było to podczas słynnej w Zjednoczonym Królestwie Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej mgły stulecia. W Polsce w tym czasie – przełom lat 1962/1963 – była zima stulecia. Do Brytyjczyków zatem mam stosunek subiektywny, a czasem ambiwalentny. Doceniam jednak angielskie poczucie humoru, swoisty dystans i specyficzną autoironię. Te wszystkie przymioty wykazał inny premier Jej Królewskiej mości Winston Churchill, gdy kelner przypadkiem oblał szampanem jego łysinę. W towarzystwie zapanowała grobowa cisza. Kelner skamieniał. Po chwili milczenia sir Winston zareagował: „Doprawdy, mój drogi, uważa pan, że to mi pomoże?”.
Już wcześniej cytowałem króla Edwarda VII. Poczuciem humoru wykazał się także król Karol II Stuart (1660−1685). Gdy odważono się mu powiedzieć, że opinia publiczna twierdzi, że jeszcze nigdy nic głupiego nie powiedział, ale z drugiej strony nigdy nic mądrego nie uczynił – monarcha zripostował: „To pierwsze stosuję się do mnie, to drugie do moich ministrów”.
Agathy Christie recepta na małżeństwo
Ale przecież dowcipni i zdystansowani są nie tylko Brytyjczycy, lecz także Brytyjki. Autorka jednych z najbardziej poczytnych na świecie kryminałów Agatha Christie, dziesiątki lat przed prezydentem Francji Emanuelem Macronem i jego pierwszą damą Brigitte Macron, wyszła za mąż za dużo od niej młodszego archeologa Maxa Mallowa. Christie komentowała ten fakt, przyznać trzeba, bardzo dowcipnie: „Archeolog to najlepszy mąż, jakiego może sobie wymarzyć kobieta. Im starsza się staje, tym bardziej wzrasta jej wartość w oczach męża”.
Tak, poczucie humoru, nawet specyficzne, to część brytyjskiego dziedzictwa. Znacznie przyjemniejsza w odbiorze niż zdrada Polski w Teheranie w 1943 r. i Jałcie 1945 r. czy niezaproszenie polskich żołnierzy – w tym lotników, którzy uratowali wcześniej Wielką Brytanię w bitwie o Anglię – na powojenną defiladę zwycięzców w Londynie...