Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Ryszard Czarnecki,
07.05.2018 15:25

Unijne gry budżetowe

Walka o budżet Unii Europejskiej na lata 2021–2027 z fazy bitwy na przecieki przeszła do fazy konkretów. W ostatnią środę 2 maja w Polsce obchodzono Święto Flagi, a w Parlamencie Europejskim w Brukseli przewodniczący Jean Claude-Juncker przedstawił projekt następnej siedmioletniej perspektywy finansowej UE.

Polska przyjąć go może z dużym zadowoleniem, choć przestrzegam przed hurraoptymizmem – budżetowy mecz dopiero się zaczął. Na razie jednak, jak w Formule 1, uzyskaliśmy tzw. pool position. Przecieki, które w zeszłym tygodniu miały nas wytrącić z równowagi, a być może zmusić do popełnienia jakichś błędów, ukazały się m.in. w prestiżowych europejskich gazetach, jak niemiecki „Frankfurter Allgemeine Zeitung” czy brytyjski „Financial Times”. Niemieccy dziennikarze, wzorem tamtejszych polityków, natrętnie sugerowali, że Polska obejdzie się smakiem i straci olbrzymie pieniądze, ponieważ w nowych unijnych ramach finansowych znajdzie się na nas gilotyna w postaci pozaekonomicznego kryterium praworządności. W odbiorze totalnej opozycji i niegdyś establishmentowych mediów sprawa ta przybrała monstrualny wymiar i gigantyczne znaczenie.

Z kolei wpływowy i ceniony w świecie biznesu brytyjski „Financial Times”, pokazując realną walkę o pieniądze z topniejącego po brexicie brukselskiego skarbca pomiędzy Europą Południową a naszym regionem Starego Kontynentu, doszedł do błędnego wniosku, że znacząca część unijnych funduszy na mniej zamożne regiony zostanie przesunięta do biedniejszej części „starej Unii”. Odbyłoby się to kosztem jeszcze biedniejszej „nowej Unii”, czyli w praktyce 9 krajów naszego regionu (osobny przypadek stanowią będące częścią „nowej Unii”, ale już bogatsze per capita od kilku krajów dawnej EWG – Słowenia i Estonia).

Budżet, który podpisze Angela Merkel?

Kreowana przez totalsów w Polsce wizja całkowitej klęski w kontekście nowego unijnego budżetu jest intelektualnie żenująca i śmieszna. Przestrzegam jednak przed odtrąbianiem sukcesu. Wygraliśmy pierwszą, być może kluczową, batalię. Jednak budżetowy mecz potrwa jeszcze z rok – może trochę krócej, a może trochę dłużej. Niemiecki komisarz Guenther Oettinger odpowiedzialny w KE za budżet (następca Bułgarki Kristaliny Georgiewej, która ubiegała się o stanowisko sekretarza generalnego ONZ) podkreślał podczas negocjacji, że do czerwca chciałby uzyskać zgodę wszystkich państw członkowskich na propozycje KE.

Jest to jednak pobożne życzenie. Na pewno ostateczne podpisanie budżetu nastąpi w 2019 r. Osobistą ambicją Jean-Claude’a
Junckera, ustępującego po jednej kadencji szefa Komisji, jest formalne dopięcie unijnego budżetu 2021–2027 jeszcze za jego kadencji, czyli w praktyce wiosną 2019 r. Tak stać się może, ale nie musi. Gdyby osiągniecie porozumienia się odwlekało, wówczas wariantem równie możliwym jest przesunięcie zatwierdzenia budżetu już na początek nowej kadencji Komisji Europejskiej. Czyżby dokument ten miała sygnować nowa przewodnicząca KE Angela Merkel? Zakładając oczywiście, że ten „niemiecki” wariant personalny zostanie zrealizowany – ale o tym przekonamy się dopiero w przyszłym roku. Czy w związku z tym Niemcom może zależeć na przesunięciu budżetu, aby uroczyście nowe unijne WRF (wieloletnie ramy finansowe) podpisał ich kanclerz? Niekoniecznie. Tego typu PR-owskie zagrywki nie są, jak sądzę, potrzebne kochającej realną władzę, a nie jej blichtr Frau Kanzlerin.

Koalicja zadaniowa z... Paryżem

Propozycja nowego siedmioletniego budżetu UE przekracza dotychczasowy pułap środków budżetowych, który wynosi 1 proc. DNB (dochodu narodowego brutto) poszczególnych krajów członkowskich. W nowej perspektywie finansowej planuje się zwiększenie pułapów do 1,11 proc., jeśli chodzi o zobowiązania, i 1,08 proc. w zakresie płatności. Wyzwaniem dla budżetu 2021–2027 jest załatanie dziury po brexicie. Poszerza się też lista priorytetów. Te nowe lub zdecydowanie bardziej wyeksponowane to: imigracja, walka z terroryzmem, wspólna polityka obronna, nowe programy socjalne. Dziesięć procent budżetu mają stanowić nowe środki własne. Zakłada się, że owe środki własne pokryją aż połowę pobrexitowej luki. Ma być też wprowadzony nowy podatek. Ewidentnie docelowo proekologiczny – od plastiku.

Nieuchronne będą też cięcia. Spodziewano się ich i wszyscy wiedzieli, że dotkną one dwóch unijnych „kranów finansowych”. Oba są kluczowe dla Polski. Oczywiście chodzi o wspólną politykę rolną (CAP – Common Agricultural Policy) i fundusze strukturalne.

Nie jest żadną niespodzianką, że te cięcia nastąpią, ale sukcesem jest to, że będą one zdecydowanie mniejsze, niż to początkowo zakładano. Środki na rolnictwo będą mniejsze o 1/20, co w sytuacji, gdy na wspólną politykę rolną przeznaczona była dotychczas 1/3 budżetu (do niedawna 2/5), nie jest katastrofą. Warto przy okazji zaznaczyć, że w tej sprawie udało się rządowi Prawa i Sprawiedliwości doprowadzić do zawarcia tzw. koalicji zadaniowej z Francją. Mimo istotnych różnic ideologicznych między Warszawą a Paryżem, zdecydowanie innych, wręcz wykluczających się wizji przyszłości Unii Europejskiej (francuski federalizm zmierzający w praktyce do europejskiego superpaństwa versus polska koncepcja UE jako Europy Ojczyzn czy Europy Narodów), mimo ataków Macrona na nasz kraj i rząd, dwa rolnicze kraje, Polska i Francja, zawarły pragmatyczny, choć nieformalny związek obrony dużych środków na rolnictwo w ramach unijnego budżetu. I była to skuteczna operacja. Warto dopowiedzieć, że ową koalicję zawarł kraj, który ma największy odsetek osób pracujących w rolnictwie w samej UE (poza Grecją), czyli Polska, oraz państwo, w którym już po II wojnie światowej w rolnictwie pracowała połowa obywateli zawodowo czynnych (sic!), czyli Francja.

Cięcia funduszy spójności są minimalnie większe niż te, które dotkną rolnictwo – zmniejszą się one mniej więcej o 1/14.

Frontex z ponad 8-krotnie większą liczbą pracowników

Skoro są cięcia, to zwykle są też wzrosty. I tak zwiększenie środków budżetowych dotyczyć będzie – co może zainteresować polskich studentów – programu Erasmus. Na ten cel Unia przeznaczy dwa razy więcej pieniędzy niż dotąd. Na badania naukowe, rozwój i cyfryzację wzrost ten ma wynieść 60 proc. W tym jednak przypadku może to w praktyce być furtką dla państw – unijnych płatników netto, które dotychczas wykorzystywały te działy na dość umiejętne odbieranie części swojej składki członkowskiej.

O dwa miliardy euro wzrośnie budżet UE na bezpieczeństwo i obronę. Więcej ma być też środków – choć na razie nie zadecydowano o ile – na politykę sąsiedztwa. To akurat może być korzystne dla naszego kraju. Wreszcie znacząco mają wzrosnąć środki na Agencję Obrony Granic Zewnętrznych Frontex. To akurat dla Rzeczypospolitej może mieć bardzo wymierne znaczenie, bo agencja ma swoją siedzibę (jako jedyna unijna zresztą) w Warszawie. Liczba pracowników Frontexu ma wzrosnąć przeszło ośmiokrotnie (!) z 1200 do 10 tys., co jest mocno spóźnioną odpowiedzią na wyzwania związane z polityką imigracyjną.

Unijny mecz budżetowy tak naprawdę dopiero się rozpoczyna. Nawet jego teoretycznie ostateczne podpisanie w przyszłym roku nie wyklucza korekt. Zwłaszcza w pierwszych latach jego obowiązywania. Polska musi tak jak w ostatnich miesiącach, a zwłaszcza tygodniach, wykazać w w związku z tym szczególną czujność i aktywność.

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane