Ten stek bzdur stoi w całkowitej sprzeczności z osiągnięciami szczytu. A są nimi: powołanie już za dwa lata sił szybkiego reagowania, które w ciągu miesiąca mogą być przerzucone na wschodnią flankę Sojuszu (to akurat nie zostało sprecyzowane, ale wiadomo, że o to chodzi), zaproszenie kolejnego kraju bałkańskiego do negocjacji członkowskich (Macedonia), co oznacza dalsze ograniczanie wpływów Rosji w tym regionie, zbliżenie z Gruzją i Ukrainą, wreszcie decyzja o powołaniu dwóch nowych dowództw NATO, w USA i w … Niemczech, w Ulm (ta ostatnia lokalizacja pokazuje, że słusznie krytykowany przez Trumpa Berlin nie jest jednak izolowany). Nie mniej ważne były też kuluary, a w nich przygotowanie jesiennej decyzji o powołaniu kolejnego dowództwa NATO – tym razem w Polsce, w Szczecinie. A kasandry i tak będą wieszczyć kryzys Paktu.
Po co ta histeria?
Jeśli ktoś nie obserwował uważnie szczytu NATO w Brukseli, mógłby wpaść w trwogę, czytając alarmistyczne doniesienia „Gazety Wyborczej” i innych lewicowo-liberalnych mediów w Europie Zachodniej i USA. Przedstawiony obraz to swoista apokalipsa: totalnie skłócone kraje Paktu i demoniczny prezydent USA, który „rozbija jedność NATO”.