Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Ryszard Czarnecki,
17.10.2017 15:45

To zwyczajna sprawiedliwość

Gdy Jarosław Kaczyński na kongresie Prawa i Sprawiedliwości na początku lipca 2017 r. w Przysusze (Radomskie) podniósł sprawę reparacji wojennych od Niemiec – początkowo i Berlin, i podzielająca jego punkt widzenia totalna opozycja w Polsce uznały, że najlepszą taktyką będzie przemilczenie tego problemu.

Być może zresztą uważano, że w tej sprawie, inaczej niż w innych, PiS nie przejdzie od słów do czynów. Później zaskoczenie, że Prawo i Sprawiedliwość realizuje to, co zapowiedziało – łamiąc w ten sposób uświęconą w Polsce zasadę politycznego wodolejstwa bez praktycznych skutków – mieszało się z oburzeniem, jak można tak atakować Niemców i podważać polsko-niemieckie sojusze. Użyłem tego pojęcia specjalnie, aby uświadomić, że podobne histeryczne reakcje towarzyszyły – a pamiętam to dobrze – jakimkolwiek próbom upominania się o polskie interesy w sytuacji zależności od Związku Sowieckiego. Nie porównuję Republiki Federalnej Niemiec, w kontekście Polski, do Związku Socjalistycznych Republik Sowieckich, ale mechanizm „nieświętego oburzenia” na żądania skierowane do Berlina AD 2017 przypominał reakcję na polskie aspiracje wyrażane wobec ZSRS, powiedzmy, AD 1977.

Reparacje od Niemiec – dziś nie tylko Polska

Tak obszernie piszę o niemieckich i opozycyjnych reakcjach na kwestię reparacji nie tylko po to, aby pokazać ich znaczącą zbieżność, ale także aby zilustrować skalę zaskoczenia sprawą, która przecież nie powinna go budzić. Bo Polska nie jest jedynym podmiotem, który wystąpił o reparacje od państwa niemieckiego. W ostatnim tylko czasie żądanie reparacji wobec Berlina wysunęło środowisko rumuńskich Żydów, a gdy chodzi o państwa, uczyniła to afrykańska Namibia, nawiązująca do niemieckiego ludobójstwa murzyńskich plemion na początku XX w. Na tym ostatnim przykładzie widać, że nie ma czegoś takiego jak przedawnienie się roszczeń wojennych.

Skądinąd Niemcy dość szybko przystały na oficjalne rozmowy z tym afrykańskim państwem, chyba słusznie uznając, że nie zależy im na międzynarodowym rozgłosie, którego częścią byłoby przypominanie rzezi na ludach zamieszkujących dzisiejszą Namibię (plemiona Herero i Namaqua).

Nasze żądania względem Berlina mają pięć aspektów: moralny, historyczny, prawny, ekonomiczny, ostatni – stricte polityczny.

Odkłamać historyczne fake newsy

Ten moralny jest oczywisty. Trudno w ramach niego wyobrazić sobie adekwatną rekompensatę dla Polski, narodu, który w wyniku niemieckich zbrodni stracił co szóstego obywatela. Procentowo sytuuje to Polskę na pierwszym miejscu wśród narodów ofiar II wojny światowej. Przypominanie tego moralnego wymiaru niemieckiej eksterminacji obywateli Rzeczypospolitej jest bardzo potrzebne, ponieważ wraz z kanclerzem Helmutem Kohlem odeszło z topu niemieckiej polityki pokolenie, które pamiętało z autopsji II wojnę światową. Pojęcie „deutsche Schuld”, niemieckiej winy, dość szybko za czasów kanclerza Gerharda Schrödera przestało być punktem odniesienia dla niemieckiej polityki zagranicznej. Przypomnienie tego w kontekście polskich starań reparacyjnych jest bardzo istotne.

Nie mniejsze znaczenie ma drugi aspekt – historyczny. W czasach permanentnego pojawiania się fake newsów o polskich obozach śmierci i o odpowiedzialności Polaków za Holokaust oraz nazistowskich – a nie niemieckich – zbrodniach wytoczenie działa reparacji jest jednocześnie apelem o poszanowanie prawdy historycznej i nazywanie ofiary ofiarą, a kata katem. To właśnie podniesienie kwestii należnych nam odszkodowań przypomina Europie i światu, kto na kogo napadł, kto mordował, a kto był mordowany. „Kamienie wołać będą ...” – ale tylko wtedy, jeśli będzie chęć nagłośnienia tego wołania, połączona z polityczną koniecznością ich usłyszenia przez dzieci i wnuki oprawców.

Listonosz z Moskwy

Teraz aspekt prawny. Warto przypomnieć, że na konferencjach wielkiej trójki (USA–Wielka Brytania–Związek Sowiecki) i w Jałcie, i w Poczdamie zdecydowano o reparacjach Niemiec także dla Polski. Było to, uwaga, zupełnie niezależne od powrotu Ziem Zachodnich i Północnych do macierzy. Państwa owej wielkiej trójki same egzekwowały reparacje od Niemiec, a inne kraje musiały to czynić właśnie za ich pośrednictwem. Jedynym państwem, które niemieckie reparacje otrzymywało via Moskwa, była Polska.

Latem 1945 r. Sowieci narzucili Polsce całkowicie niekorzystne warunki swojego pośrednictwa w odbiorze reparacji. Sowiecki „listonosz” kazał sobie za owe pośrednictwo sowicie płacić – konkretnie węglem. PRL zobowiązała się, niejako w zamian za reparacje niemieckie, dostarczać Moskwie olbrzymie ilości węgla po skrajnie niskich cenach. Był to ze strony ZSRS wręcz rabunek ekonomiczny.

Gorzej – latem 1953 r. pod sowiecką presją rząd Bolesława Bieruta zrzekł się niemieckich reparacji. Władze NRF, a później RFN interpretowały to jako wyrzeczenie się przez Polskę jakichkolwiek odszkodowań. Co ciekawe, nie udało się rządowi Willy’ego Brandta skłonić rząd Gomułki do zapisania owego zrzeczenia się reperacji w układzie polsko-niemieckim z 1970 r. Skądinąd Republika Federalna stosowała w wypadku Polski podwójne standardy. O ile RFN nie uznawała w sensie formalnoprawnym decyzji komunistycznej Niemieckiej Republiki Demokratycznej, o tyle w wypadku Polski orzeczenie z 1953 r., z lat stalinowskich, nagle stało się ważnym punktem odniesienia.

Polska nie zrzekła się reparacji!

Ciekawe, że przez pierwsze ćwierć wieku zachodnie Niemcy nie wypłacały odszkodowań indywidualnych polskim obywatelom, podnosząc argument braku stosunków dyplomatycznych między Warszawą a Bonn. Gdy wreszcie nawiązano oficjalne stosunki międzypaństwowe, to tak chwalony przez lata w Polsce kanclerz Willy Brandt potrafił odmawiać wypłacenia odszkodowań, powołując się na niechęć niemieckiej opinii publicznej do płacenia odszkodowań za III Rzeszę. To zapewne było powodem, że zawarto jedynie dwa odszkodowawcze porozumienia – oba po odwilży, w pierwszej połowie lat 70. Pierwsze o odszkodowaniach dla ofiar eksperymentów pseudomedycznych, a drugie o emeryturach i rentach.

Po zjednoczeniu Niemiec i powstaniu III RP także chadecki następca Brandta, Helmut Kohl, nie chciał wypłaty odszkodowań. Ba, w strachu przed reparacjami rząd, jeszcze z siedzibą w Bonn, w 1990 r. odrzucił możliwość podpisania traktatu pokojowego sensu stricto. O reparacjach nie było mowy w traktacie czterech mocarstw oraz RFN i NRD. Do dzisiaj Berlin interpretuje ten fakt jako „milczące przyzwolenie” na zaniechanie reparacji. Bo nawet eksperci Bundestagu nie byli w stanie znaleźć żadnych formalnych dowodów zrzeczenia się przez stronę polską reparacji wojennych. W tym kontekście można jedynie mówić o wymuszonym przez ZSRS jednostronnym wyrzeczeniu się takich reparacji przez satelicką PRL w szczytowym okresie stalinizmu (1953).

Pożyteczni idioci nad Wisłą

Kolejny aspekt to ten ekonomiczny. Gdy prof. Lech Kaczyński, jeszcze jako prezydent Warszawy, powołał zespół, który miał oszacować straty wojenne zniszczonej przez Niemców stolicy Polski, okazało się, że skala naszych roszczeń tylko z tytułu zrujnowania Warszawy może wynosić prawie 50 mld dol. W sprawie wysokości reparacji z tytułu strat – ludzkich i materialnych – całej Polski głos zabrał minister spraw wewnętrznych Mariusz Błaszczak i mówił o bilionie dolarów.

Przytoczone dane miały charakter szacunkowy, ale pokazują pewną skalę. W przewidywalnym czasie pojawią się już miarodajne szacunki, które będą podstawą do oficjalnego wystąpienia przez rząd RP do rządu RFN o reparacje. Nie ma obecnie sensu wewnętrzna licytacja w tym zakresie, ale znacznie od niej gorsza jest postawa opozycji totalnej, która w tej sprawie jest zwolennikiem opcji zerowej – „zero euro dla Polski od Niemiec”. Jak widać, nie tylko w sprawach relacji Warszawa–Bruksela, ale także w kwestii reparacji opozycja nad Wisłą pełni funkcję pożytecznych idiotów, którzy tylko czekają, aż ich obcy wykorzystają.

Aspekt piąty – polityczny. Jeżeli słuszne, moralnie i historycznie uzasadnione, żądanie reparacji od Niemiec pojawiło się akurat w momencie dobiegających z UE głosów (także niemieckich polityków!) o zabraniu naszemu krajowi należnych nam funduszy unijnych, to za stary jestem, aby wierzyć w takie przypadki.

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane