Coraz bardziej wygląda na to, że russki mir wrzucił Armenię pod autobus – nie tylko nie popierając tego państwa w niedawnych przegranych wojnach z Azerbejdżanem, ale wręcz po cichu sprzyjając klęsce. A przecież właściwie przez wieki Ormianie uważali Rosję za przyjaciela, obrońcę przed tureckim zagrożeniem. Dlaczego Moskwa i jej satelity tak postąpiły? Odpowiedź jest prosta. Bo w Armenii od kilku lat rządzi obóz premiera Nikola Paszyniana, który doszedł do władzy drogą „kolorowej rewolucji”, a to największa zmora Władimira Putina. Wypowiedział walkę wszechobecnej korupcji – choć i tak w ograniczonym zakresie – a taka patologia w krajach posowieckich to rosnące wpływy Rosji.
Wcześniej w niepodległej Armenii nieprzerwanie rządzili politycy związani z tzw. klanem karabaskim. Opromienieni zwycięstwem w wojnie z Azerbejdżanem o Górski Karabach w latach 90., kiedy dostali wsparcie Moskwy, czuli się jak właściciele kraju, mimo że formalnie Erywań nie uznawał nigdy Górskiego Karabachu za część swojego terytorium. Robili, co chcieli, żyli jak bogowie, posiadłości mógłby pozazdrościć im Władimir Putin lub Witold Janukowycz. Moskwa porzuciła w końcu Ormian, bo obywatele nie wybrali zgodnie z gustami na Kremlu i potwierdzali to w kolejnych głosowaniach, które wygrywał Paszynian. On jednak i tak był dość ostrożny wobec Moskwy i grup interesu w Armenii. Nie zrezygnował z kursu konfrontacyjnego z Azerbejdżanem, liczył na pomoc Rosji, brał udział we wszystkich międzynarodowych promoskiewskich formatach. Armenia nie dołączyła naturalnie do wsparcia sankcji zachodnich wobec Rosji.
Nowy-stary przyjaciel: Francja
Gdy jednak ostatecznie straciła Górski Karabach i przegrała z Azerbejdżanem, zaczęły się sypać w Armenii oskarżenia jak z rękawa, że Moskwa tak bardzo wspierała Azerbejdżan. A potem nastąpił prozachodni zwrot w tamtejszej polityce, czego na razie kulminacyjnym punktem było podpisanie umowy wojskowej z Francją. To naturalny, nowy partner Armenii, jest ona bowiem kulturowo związana z tym krajem przez liczną i wpływową diasporę we Francji. Nie spodobało się to władzom Azerbejdżanu. W zachodnich mediach aż roi się od spekulacji, że ostatnie niepokoje w zamorskim terytorium Francji, Nowej Kaledonii, może finansować i organizować Baku.
Serbia i Armenia to Europa
Skoro wspomniałem o Francji, to właśnie tu nasuwa się analogia z sytuacją Serbii. Belgrad jest dziś mocno prorosyjski – mimo że jednocześnie deklaruje chęć wstąpienia do UE, sprzedaje Ukrainie broń na zasadach komercyjnych, a nawet podpisał deklarację z ostatniego szczytu pokoju w Szwajcarii zorganizowanego z inicjatywy prezydenta Wołodymyra Zełenskiego. Jednocześnie politycy serbscy ciągle „pielgrzymują” do Moskwy – niedawno nawet wicepremier Aleksandar Vulin oddał hołd Józefowi Stalinowi w Moskwie, zaś bośniaccy Serbowie grożą wystąpieniem z Bośni i Hercegowiny, co teoretycznie groziłoby kolejną wojną na Bałkanach.
Podobnie jak w Armenii wszechpotężny był klan karabaski, tak w Serbii wielkie wpływy utrzymują ciągle służby specjalne, które zbudowały swoją potęgę najpierw w czasach komunistycznej Jugosławii, a potem podczas wojen w Chorwacji i Bośni (1991–1995), Kosowie (1998–1999) oraz podczas trwania dyktatury Slobodana Miloševicia. Mimo że został obalony prawie ćwierć wieku temu, w Serbii rządzą ludzie, którzy byli związani z tamtym systemem. Temu układowi nie chodzi jednak o nową wojnę i rewanż, lecz o władzę i pieniądze.
Kolejna analogia jest taka, że w serbskim społeczeństwie w sporej części występuje tradycyjny sentyment do Rosji i podatność na rosyjską propagandę. Armenia jednak zmienia kurs wyraźnie, a i nastroje w społeczeństwie bardziej oscylują na pozycje prozachodnie i chłodne wobec Rosji. Czy tak będzie z Serbią? Nie ma co do tego wątpliwości.
Serbowie, cokolwiek by mówić, od wieków powiązani są z zachodnią Europą, a nie z Rosją. Szczerze chcą wstąpić do UE – tak przedstawiciele rządzącego układu, jak i jego elektorat, pomimo całego antyzachodniego resentymentu. Serbia i Armenia to kraje demokratyczne, nawet jeśli standardami nie dorównują europejskiej czołówce. W tym pierwszym kraju rządziły już siły obecnie opozycyjne. I to prędzej czy później wydarzy się znowu. Niewykluczona jest też zmiana kursu obranego przez obecne władze. Na to liczy Zachód, okazując cierpliwość wobec Serbii. I tu znowu pojawia się Francja, która stara się pociągnąć to państwo za sobą bardziej na Zachód. Zapowiedziano wstępnie, że Paryż jest gotów sprzedać Belgradowi swoje nowoczesne myśliwce Rafale. Wiadomo, że jeśli Serbowie rzeczywiście zamierzają przystąpić do transakcji, będą musieli spełnić szereg poufnych warunków, które Francja i NATO im niechybnie postawią.
Rosyjskie flagi na Euro 2024
Sceny z trybun Euro 2024, kiedy grała Serbia i w sektorach jej fanów powiewały rosyjskie flagi i inne prowokacyjne wobec sąsiadów (np. Albańczyków) transparenty, pokazują, jak głęboko tkwi w serbskim społeczeństwie antyzachodni resentyment i jaka jest podatność na rosyjską propagandę. Ale nie wszyscy Serbowie ulegają tym tendencjom. Rządzący w Serbii świadomie grają na resentymentach, ale nie po to, żeby rozpocząć kolejną wojnę na Bałkanach, a żeby wytargować więcej pieniędzy od Unii Europejskiej oraz wzmocnić swoją władzę. Ta sytuacja nie będzie jednak trwała wiecznie. Zarówno serbskie społeczeństwo – obecnie podzielone niemal po równo – oraz jego elity będą musiały prędzej czy później określić się, tak jak to miało miejsce w przypadku Armenii. I to prędzej niż później.
Autor jest dziennikarzem TV Biełsat