Prezydent USA składa wizytę w Indiach, które stają się mocarstwem, i jest tam przyjmowany więcej niż entuzjastycznie. To prezydent tego samego kraju, który jeszcze nie tak dawno, w 2005 r., odmówił wjazdu na swoje terytorium ówczesnemu premierowi indyjskiego stanu Gudżarat Narendrze Modiemu.
Modi jest dziś premierem całych Indii, chyba już najliczniejszego państwa na świecie (Indie miały zdystansować pod tym względem Chiny, choć oba państwa podają tylko szacunkowe dane), i gospodarzem wizyty Trumpa, a relacje Waszyngton–Nowe Delhi przypominają „honeymoon”, czyli miesiąc miodowy. Tyle że jeszcze niedawno w tym regionie świata USA były stałym sojusznikiem Pakistanu – wroga Indii, a Indie, dziś wydające miliardy rupii na amerykańską broń, wówczas na potęgę kupowały uzbrojenie z Federacji Rosyjskiej.
Ciekawe, że przemówienie prezydenta Trumpa w Indiach, na stadionie w Ahmedabadzie, wywołało największy aplauz w momencie, gdy mówił o walce z terroryzmem. Indie praktykują bój z islamskimi fanatykami na co dzień, co chwila dochodzi bowiem do zamachów terrorystycznych w Kaszmirze, choć najgłośniejsza była trzydniowa seria w Bombaju (zwanym dziś Mumbajem) w listopadzie 2008 r. Zginęło wówczas 175 osób, a rannych było 239.
Unia i bezdroża antyamerykanizmu
Podstawą ładu światowego i elementem trwałości świata Zachodu „od zawsze” był układ transatlantycki, którego polityczno-militarnym odzwierciedleniem jest Pakt Północnoatlantycki, a który w świecie powszechnie kojarzony jest z demokracją i wolnym rynkiem. Dziś obserwujemy zmierzch tego Pax Transatlantica, a ambicją Franka-Waltera Steinmeiera i Emmanuela Macrona, prezydentów dwóch najważniejszych państw członkowskich UE, jest atakowanie Waszyngtonu i republikańskiej administracji oraz stawianie USA w jednym szeregu z… Rosją i Chinami.
Ba, obserwując reakcję niemieckiej prasy na wystąpienie prezydenta Republiki Federalnej na Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa 21 lutego łatwo można dostrzec, że nie jest to kwestia oryginalności poglądów Steinmeiera, ale że wyraża on opinię establishmentu RFN, który wręcz licytuje się w praktycznym antyamerykanizmie. Oczywiście podkreśla się, że tu, Boże broń, nie chodzi o USA, lecz o politykę Trumpa, ale dalibóg nikt nie wyjaśnia, jak to można w praktyce oddzielić.
To paradoks, że słabnąca po brexicie politycznie, wizerunkowo i gospodarczo Unia Europejska, formalnie pozbawiona od paru tygodni swojej gospodarki nr 2, czyli Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej, zamiast inwestować w transatlantycki sojusz dryfuje na bezdroża irracjonalnego antyamerykanizmu, który jest najlepszym z możliwych prezentów dla Federacji Rosyjskiej – też słabnącej, ale jednocześnie silnej… słabością Europy Zachodniej oraz transatlantyckimi kłótniami i podziałami.
Po co UE, skoro jest Berlin i Paryż...
Kreml stosuje tę samą strategię od wieków. Postępujące słabnięcie Federacji Rosyjskiej w wymiarze gospodarczym, a także w kontekście atomizacji społecznej oraz zmniejszającego się poparcia dla władzy jest przykrywane ucieczką do przodu w polityce zagranicznej. Wszyscy wiedzą o skutecznej, co trzeba przyznać, aktywności Rosji na Bliskim Wschodzie, zwłaszcza w Syrii, ale uwadze ekspertów zupełnie umknął znaczący fakt, że tylko w zeszłym roku to euroazjatyckie państwo podpisało aż 25 umów gospodarczych w… Afryce. Z największych światowych graczy tylko Chiny są bardziej aktywne w wymiarze ekonomicznym (de facto też politycznym) na Czarnym Lądzie, jak określano ten kontynent w czasach, kiedy nie znano jeszcze pojęcia „poprawność polityczna”.
Na naszych oczach przemija też, być może chwilowo, na parę miesięcy, nieformalny sojusz, a co najmniej bliska współpraca Federacji Rosyjskiej i Turcji. Oba państwa miały swoje wspólne interesy w regionie bliskowschodnim, ale to, co je połączyło, teraz je podzieliło: Ankara nie zgodziła się na żarłoczne przesuwanie stref wpływów przez regionalnych graczy wspieranych przez Rosję i stąd turecka ofensywa zbrojna, ale też ultimatum postawione przez prezydenta Turcji Erdoğana, którego czas upłynie w momencie, kiedy Państwo będą mieli już ten numer „Codziennej” w ręku.
Skądinąd na 4 marca zaplanowano rozmowy na temat tego konfliktu w czworokącie Turcja–Rosja–Francja–Niemcy, co pokazuje z jednej strony to, jak po brexicie Paryż i Berlin minimalizują rolę Wielkiej Brytanii, a więc kraju, który akurat w tym regionie ze względu na kolonialną przeszłość miał do powiedzenia znacznie więcej niż Niemcy i Francja. Z drugiej zaś strony uświadamia to fakt znany przecież nie tylko ekspertom, że Unia Unią, eurointegracja eurointegracją, ale jak przychodzi co do czego, są rozmowy o Ukrainie czy gaszenie pożaru na Bliskim Wschodzie, to siadają do stołu nie tyle Bruksela i UE, ile dwóch największych udziałowców politycznej firmy o nazwie UE sp. z o.o. Owa ograniczona odpowiedzialność, znana z polskiego prawa gospodarczego, pasuje do Brukseli jak ulał, bo rozziew między deklaracjami o wpływie Unii na rzeczywistość międzynarodową a praktyką malejącej roli politycznej, gospodarczej, demograficznej i kulturowego trendsettera Unii jest czymś tyleż spektakularnym, co śmiesznym i zawstydzającym.
Pogarda dla demokracji i demokratyczna retoryka w jednym stoją domku
Z instytucjami unijnymi jest jak z Kubusiem Puchatkiem Alana Alexandra Milne’a: „Im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było”. Im bardziej Unia Europejska napinała muskuły, choćby w strategii lizbońskiej, głosząc, że w 2010 r. dorówna poziomowi gospodarczemu USA, tym bardziej przegrywała rywalizację nie tylko z USA, ale też z Azją. Im bardziej krzyczano (w kadencji 2009–2014), że trzeba wprowadzić plan D (od „democracy”), czyli zdemokratyzować unijne struktury i zapewnić większy wpływ obywateli na ich decyzje, tym bardziej tej demokracji brakowało – za to więcej było lekceważenia głosu Europejczyków, wyrażanego w różnych krajach UE na kartach wyborczych. Weźmy kazusy takie jak Polska, Węgry czy nawet Rumunia. To ludzie, wyborcy, podatnicy w UE-27 (już nie UE-28 !) widzą. I – znowu przemija postać świata euroentuzjazm zastępowany jest bezwzględną walką nominalnych euroentuzjastów o zachowanie władzy, a w tym samym czasie eurosceptycyzm – którą to kartą grają Rosjanie – nabiera mocy...