Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Ryszard Czarnecki,
05.11.2020 16:00

Powyborczy stan zawieszenia

Gdy przed czterema laty głosiłem, że to Donald John Trump ma szansę wygrać wybory na 45. prezydenta USA, byłem w Polsce raczej osamotniony – ale nie tylko w Polsce. Dziś grono ekspertów i polityków, którzy przewidywali zwycięstwo Trumpa, zwiększyło się, choć zwycięstwo to nie było pewne do końca – a prawdopodobnie będzie jeszcze podważane przez demokratów i bardzo im sprzyjający establishment medialny. Swoją drogą, skąd my to znamy?

Jedno jest pewne, frekwencja w amerykańskich wyborach była prawdopodobnie najwyższa od… 120 lat! Jeżeli rzeczywiście potwierdzi się, że głosowało przeszło dwie trzecie Amerykanów – byłby to wynik imponujący. Co więcej, zwycięzca amerykańskich wyborów prezydenckich A.D. 2020 będzie miał bardzo silny demokratyczny mandat. Nikt, ani CNN, ani „New York Times”, nie będzie mógł zanegować tak wyjątkowego poparcia amerykańskich wyborców!

Trump bierze Florydę i Ohio

Prawdę mówiąc, nie tylko amerykańskie media starały się zrobić wszystko, aby pomóc kandydatowi demokratów, 78-letniemu Josephowi Robinette’owi Bidenowi Jr., niegdyś 47. wiceprezydentowi Stanów Zjednoczonych (2009–2017), a wcześniej przez 36 lat (sic!) senatorowi stanu Delaware (stąd zarzuty Trumpa, że jego oponent spędził ponad 40 lat w znienawidzonym przez amerykańską prowincję Waszyngtonie).
Większość mediów w Polsce trzymała kciuki za demokratów i Bidena tak mocno, że łamała zasadę bezstronności i dziennikarskiego obiektywizmu. Spektakularnym przykładem było choćby RMF FM, które o czwartej nad ranem w środę w korespondencji swojego przedstawiciela w USA „informowało”, że co prawda Trump wygrał na Florydzie, ale tradycyjnie konserwatywny Teksas sensacyjnie padł łupem Bidena. Tymczasem już wtedy przewaga Donalda Trumpa nad Joem Bidenem wynosiła, bagatela, 200 tys. głosów i była nie do odrobienia.

Zwycięstwo Trumpa w dwóch kluczowych stanach, na Florydzie i w Ohio, znacząco przybliżyło urzędującego prezydenta do ponownego zaprzysiężenia w styczniu 2021 r. W ostatnich dekadach kto wygrywał w Ohio, zostawał potem lokatorem Białego Domu – a tam właśnie wygrał Donald Trump.

Zwycięzca bierze wszystko

Novum w dziejach amerykańskiej demokracji jest to, że podczas tych wyborów z możliwości wcześniejszego zagłosowania – internetowo, pocztą lub osobiście w urzędzie – skorzystała rekordowa liczba przeszło 100 mln wyborców! To niemal trzy czwarte liczby wszystkich głosów oddanych w wyborach prezydenckich A.D. 2016.

Warto jednak przypomnieć pewną oczywistość, która wszak nie do końca jest wszystkim znana, a mianowicie że wybory w USA wygrywa nie ten kandydat, który uzyskuje najwięcej głosów – gdyby tak było, to cztery lata temu wygrałaby Hillary Rodham Clinton – lecz ten, który zdobywa większość głosów elektorskich (jest ich 538). W poszczególnych stanach USA obowiązuje system „zwycięzca bierze wszystko”. Oznacza to, że nawet minimalna wygrana w tym czy innym stanie przekłada się na pełną pulę mandatów elektorskich, a nie na proporcjonalny – w stosunku do liczby głosów – podział mandatów.

Gdy piszę te słowa – a jest środa przed południem – wiadomo już, że wybory zostały definitywnie rozstrzygnięte w 41 stanach. W 23 z nich wygrał Donald Trump, w 18 i w Dystrykcie Kolumbii – Joe Biden. Rzecz w tym, że na razie łupem demokratów padły stany z większą liczbą głosów elektorskich – stąd np. TVN wczoraj przed godz. 11 podawał przewagę Bidena nad Trumpem w stosunku 220 do 213 elektorów. Moi mniej zorientowani w amerykańskiej polityce rozmówcy uznawali to za wynik ostateczny, bo jakoś specjalnie nie wybrzmiało, że w większości pozostałych stanów przewagę, nieraz wyraźną, ma kandydat republikanów.

Kongresowy „balance of power”

Oprócz wyborów prezydenckich równolegle toczyły się wybory parlamentarne. Amerykanie wybierali jedną trzecią składu Senatu (na czele którego tradycyjnie stoi wiceprezydent USA – w ostatnich czterech latach Michael Richard Pence) oraz cały skład Izby Reprezentantów. Możemy tu mówić o, w pewnym sensie, wyniku remisowym, bo demokraci nie odbili Senatu, ale utrzymali większość w Izbie Reprezentantów.

Było kilka niespodzianek. Przegrywali faworyzowani republikanie czy demokraci, ale nie zmieniło to w sposób decydujący swoistej „balance of power”, czyli politycznej równowagi sił w Kongresie USA, składającym się z izby niższej, czyli Izby Reprezentantów, oraz izby wyższej, czyli Senatu. Ciekawostką jest reelekcja najmłodszego kongresmena (31 lat) w dziejach USA, a właściwie kongresmenki, skrajnie lewicowej kandydatki demokratów Alexandrii Ocasio-Cortez. Jednak większość jej krajanów – Amerykanów latynoskiego pochodzenia – poparła Trumpa, choć tradycyjnie ten elektorat wybierał demokratów jako formację w naturalny sposób bardziej otwartą na potrzeby mniejszości etnicznych, narodowych czy językowych.

„The winner is…”

„Wygraliśmy te wybory” – te słowa Donalda Trumpa padły w noc wyborczą. Prezydent USA powiedział to, choć oficjalnie trwało, trwa i jeszcze potrwa co najmniej do końca tygodnia liczenie głosów, zwłaszcza tych korespondencyjnych. Skądinąd eksperci uważają, że głosy oddane wcześniej mogą przynieść poparcie Joemu Bidenowi. Są to bowiem głosy często z dużych miast, od lat popierających demokratów.

– Dziękuję narodowi amerykańskiemu. Miliony ludzi głosowało na mnie, a smutna grupa ludzi próbuje odmówić im głosu” – powiedział gospodarz Białego Domu, jak zwykle ustawiając się w roli wroga establishmentu.

Wbrew oczekiwaniom – i sondażom – „żelazny” stan republikanów, w którym wygrywali do 1966 r., czyli Teksas, z olbrzymią liczbą głosów elektorskich (38), i tym razem poparł prawicowego kandydata. A jak mówi amerykańskie powiedzenie: „Kto za sobą niesie Teksas, ten wygrywa”. Symboliczne było zwycięstwo Trumpa w Ohio. Uzyskał tam po ciężkiej walce nieco ponad 50 proc. głosów – od 1964 r. kto wygrywał w Ohio, wygrywał w całych Stanach Zjednoczonych...

Biden zgodnie z tradycją został królem Zachodniego Wybrzeża (stany Waszyngton, Oregon, Kalifornia), ale też wygrał w Nowym Jorku i Chicago (stan Illinois). Prezydent Trump skontrował na tzw. głębokim Południu oraz w tradycyjnych „safe constituencies” – okręgach zawsze głosujących na republikanów: Alabamie, Missisipi, Karolinie Południowej i Luizjanie (zresztą są to stany, które swoje prosperity budowały na murzyńskich niewolnikach). W Nebrasce i Maine głosy zostały podzielone – większość w Nebrasce dla Trumpa, który uratował też jeden głos w Maine (oba stany są wyłączone z reguły, zgodnie z którą zwycięzca głosowania powszechnego w skali stanu otrzymuje wszystkie głosy elektorskie; w Maine są to dwa głosy na cztery, dwa pozostałe przypadają zwycięzcy głosowania w dystryktach wyborczych do Kongresu).
W 2016 r. już o piątej rano wiedzieliśmy, że: „The winner is Donald Trump”. Teraz oficjalnie na tę prawdopodobną informację będziemy musieli poczekać dłużej. I czy się potwierdzi? Oto jest pytanie.

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane