Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Tȟašúŋke Witkó,
23.08.2022 16:00

Opowieść o pistolecie z Tuły

W ciągu kilku minut tysiąc razy sprawdziłem załadowanie i płynność ruchów suwadła mojego karabinka Beryl. Byłem po odprawie z oficerem odpowiedzialnym za ochronę bazy Camp Juliet w irackiej Karbali i od niego dowiedziałem się, że partyzanci szyickiego duchownego Muktady as-Sadra czekają na nową dostawę broni.

Walki na ulicach świętej metropolii mahometan trwały od początku kwietnia 2004 r. i ostrożności nigdy nie było za wiele. Po przejrzeniu całego żołnierskiego rynsztunku postanowiłem pójść do stołówki, aby zjeść kolację przed nocnym patrolem.

Patrol i spuszczone głowy Irakijczyków

Gdy maszerowałem w stronę jadłodajni, dołączył do mnie mój zastępca Leszek, który, spostrzegłszy mą minorową minę, zapytał: „Nie jest dobrze, co?”. Odparłem zgodnie z prawdą: „Nie, Lechu. Po żarciu ogarnij wojsko, bo to może być długa noc!”. Spadochroniarz nawet nie drgnął, tylko pokiwał głową ze zrozumieniem i przystąpił do flegmatycznego żucia kawałka pieczonego kurczaka.

Miałem szczęście, że mogłem działać z tym człowiekiem, albowiem jego olimpijski spokój i szaleńcza odwaga zawsze dodawały mi otuchy w chwilach zwątpienia. Tego wieczoru żaden z nas nie miał pojęcia, co czeka pododdział podczas nocnego przemierzania objętego pożogą miasta, ale jedno było pewne – lekko nie będzie. Wtedy nie mogłem wiedzieć, że wszystko zakończy podpułkownik Wojskowych Służb Informacyjnych (WSI), a cały ciąg wydarzeń przekształci się w opowieść o pistolecie z Tuły.

Pistolet z Tuły miał pojawić się dopiero za kilka godzin, a ja – tuż po posiłku – zrobiłem długą odprawę dowodzonego patrolu. Opowiedziałem o prognozowanym szmuglu śmiercionośnego żelastwa, omówiłem warianty i sposoby wyjścia z zasadzek oraz przypomniałem wszystkim kryptonimy z częstotliwościami radiowymi, na których należało wezwać pomoc medyczną w razie zranienia lub kontuzji. Wyrywkowo sprawdziłem, czy wiedza jest przyswojona i nakazałem wyjazd z bazy.

Dwa samochody terenowo-osobowe marki Honker opuściły bezpieczną przystań i po kilku minutach znaleźliśmy się w objęciach nieprzyjaznej arabskiej nocy. Objechaliśmy kilkukrotnie najbliższe otoczenie obozowiska, sprawdzając każdy zaułek i uliczkę, drobiazgowo przeczesaliśmy okoliczny plac zabaw zanurzony w gęstym palmowym gaju, a następnie – zataczając coraz szersze kręgi – rozglądaliśmy się po okolicy w celu wyszukania czegoś podejrzanego.

Ludzie, przed wybuchem insurekcji przyjaźnie do nas nastawieni, obecnie spuszczali głowy na nasz widok i znikali za metalowymi drzwiami domostw, choć jeszcze kilkadziesiąt dni wcześniej machali nam przyjaźnie rękoma na powitanie i zapraszali na herbatę. Nie dziwiliśmy się temu, albowiem Milicja Mahdiego potrafiła bardzo surowo karać wszystkich tych, którzy byli choćby podejrzani o przychylne nastawienie do wojsk koalicji antysaddamowskiej. Nikt nie chciał być wywleczony z domu i zastrzelony na ulicy jak pies, toteż całkowicie zrozumiałe było owo zdecydowane odcinanie się od polskich żołnierzy.

Znalezione przy przemytnikach

Żołnierze zaczęli marudzić tuż po północy. Ze skrzyni auta dał się słyszeć głos celowniczego karabinu maszynowego: „Dowódco, stańmy na jakiś czas, bo przecież nie jedziemy w »Daytona 500«!”. Kierowca, pulchny rolnik z podkieleckiej wsi, dodał: „Stanimy troche, co, bo jo ju ledwie na ślipia patrze. Zaro się wyłożymy w jaki rów!”. Pomyślałem, że faktycznie czas na odpoczynek i zarządziłem: „Jedź na »Szakala 3«!”.

Kilka minut później byliśmy na słynnym „Szakalu 3” – silnie umocnionym rejonie, gdzie kilka luf mogło powstrzymać każde natarcie. Podałem komendę: „Karabiny żarzą, reszta chrapie!” i już po chwili tylko dwaj żołnierze z noktowizorami czuwali, a pozostali położyli się pokotem do snu. Ja, nie mogąc zasnąć ze stresu, paliłem papierosy, siedząc na wysokim krawężniku i dzięki temu zobaczyłem kontrabandzistów.
Kontrabandziści poruszali się białym fordem Crown Victoria i cichutko – na wygaszonych światłach – podjechali do pobliskiego domu, po czym stanęli przy bramie. Dostrzegł ich także jeden z czuwających przy kaemach, albowiem w mgnieniu oka żołnierze zajęli miejsca w pojazdach, ja wskoczyłem do kabiny i jadąc na niskich obrotach silników, znaleźliśmy się tuż za wrażą limuzyną. Minutę później spadliśmy na nasze ofiary niczym orły i po chwili czterech młodych Arabów leżało na ziemi z rękoma założonymi na głowy. Leszek zarządził: „»Reczo« i »Kinder«, pilnować! »Jano«, szukaj złomu!”.

Kaemiści mierzyli do powalonych, a jeden ze spadochroniarzy sprawnie przeszukiwał samochód. Po chwili »Jano« krzyknął: „Mam bandolet!” i podniósł dłoń ze srebrną tetetką, na której rękojeści znajdowały się czerwone gwiazdy ze złotymi literami CCCP, oznaczającymi Związek Sowiecki. „Tetetka” jest akronimem nazwy pistoletu opracowanego przez Fiodora Tokariewa – skrót „TT” pochodzi od wyrazów „Tulskij Tokariew”, czyli pistolet Tokariewa z biura konstrukcyjnego w mieście Tuła. Oprócz tej sztuki nic więcej nie znaleźliśmy, toteż puściliśmy zatrzymanych wolno, broń – zgodnie z zaleceniami – skonfiskowaliśmy, a konkretnie osobiście schowałem ją do podręcznego plecaka. I wówczas, z nieznanych nikomu powodów, odebrało mi rozsądek.

Kara za głupotę i morał

Rozsądek mnie opuścił, ponieważ postanowiłem ten piękny okaz broni przemycić do Polski. Po co? Nie mam pojęcia, ale gdy wróciłem do bazy, umieściłem pistolet pod łóżkiem, zamiast oddać go służbie dyżurnej. Kolejne kilkanaście godzin zastanawiałem się, jak przetransportować tetetkę w bagażu podręcznym, gdyż wiadomo było, że Żandarmeria Wojskowa dokonuje przeszukań. Takie myśli dręczyły mnie przy kotlecie konsumowanym na stołówce, gdy usłyszałem pytanie: „Wolne to miejsce?”. Podniosłem wzrok i zmartwiałem – nade mną stał „Prezes”, jak slangowo zwaliśmy podpułkownika WSI. „Jasne, niech pan siada” – odrzekłem.
Oficer rozparł się wygodnie i zagaił: „Wie pan, na mieście teraz niebezpiecznie, strzelania dużo. Dobrze byłoby mieć jakiś egzemplarz irackiej broni, na wypadek, gdyby jakiś rykoszet ranił przechodnia czy coś. Wtedy, wie pan, można powiedzieć, że uzbrojony był!”. Zmroziło mnie, a kęs mięsa stanął mi w gardle. Nie myślałem już o niczym innym, tylko o srebrnym pistolecie leżącym pod moim łóżkiem. Jedzenie przestało mi smakować, więc odniosłem talerz, pobiegłem do siebie, chwyciłem gorący towar i zaniosłem do szefa uzbrojenia, mówiąc: „Trafiłem to na mieście. Weź, zabierz do zniszczenia i wpisz w księgę, dobra?”. Chorąży odparł: „Ale sztuka! Do Polski bym sobie ją wziął! Ależ piękna broń!”. Włosy stanęły mi dęba i umknąłem stamtąd w popłochu.

Popłoch trwał do wieczora, gdy spotkałem dowódcę bliźniaczego patrolu. Kolega rzekł do mnie: „Wiesz co, »Prezesowi« na łeb się rzuciło! Kazał mi jakąś broń na mieście skołować, że jakby niby ktoś ucierpiał, to żeby mieć na dowód, że był uzbrojony! On chce mnie na taki nędzny sztych wziąć!”. Mało go nie ucałowałem z radości! Pojąłem, że WSI nie miało pojęcia o moich planach przemytniczych i nic nie wiedzieli, że tetetka spoczywa pod mym łóżkiem.

Może nas podpuszczał, a może faktycznie martwił się na wypadek przypadkowej ofiary, bo strzelanina kilkudziesięciu ludzi w terenie zabudowanym zawsze niesie taką możliwość. W każdym razie już wiedziałem, że niczym nie muszę się martwić, a po kilku dniach sam śmiałem się z głupoty, jaka mnie wtedy ogarnęła. Stres należał mi się jako kara za bezmyślność i, dodatkowo, wyciągnąłem z tej historii solidne wnioski na przyszłość, choćby takie, aby nie łamać procedur oraz solidnie pobiegać, kiedy potargane myśli zawitają w mojej głowie. Ową zasadę stosuję do dziś i moim Czytelnikom także polecam wyciągnięcie morału z opowieści o pistolecie z Tuły.
Howgh!

Autor jest emerytowanym oficerem wojsk powietrznodesantowych. Samotnik. Nałogowy kawosz i czytacz politycznych newsów. Imię i nazwisko do wiadomości redakcji

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej

NAJNOWSZE