Ale to były przedwojenne panie nauczycielki i mimo komunistycznych restrykcji uczyły nas prawdziwej polonistyki i historii, jak moje wykładowczynie: z podstawówki pani Brzóska i z liceum pani Sadowska. Przed skargami na tę ostatnią ostrzegał rodziców na spotkaniu z rodzicami partyjny (ale, o dziwo, porządny!) dyrektor liceum im. Słowackiego: „Ta pani przeżyła niemiecki obóz koncentracyjny i my nie mamy na nią wpływu”. To na jej lekcjach mój przyjaciel, założyciel i redaktor naczelny najlepszego pisma polskiego za granicą, ukraińskiego „Kuriera Galicyjskiego”, Mirosław Rowicki robił na jej zlecenie dla klasy referat o prawdziwych sprawcach zbrodni katyńskiej, a ja przekazywałem kolegom i koleżankom prawdę o wojnie polsko-bolszewickiej.
Życie w „nierzeczywistości”, złamany Naród
Oczywiście, zachowanie pamięci nie dotyczyło wszystkich. Pomijam przypadki dzieci sługusów reżimu komunistycznego narzuconego Polsce przez Związek Sowiecki, dzieci Humerów, Szechterów i Hollandów, którzy zostali wychowani w zupełnie innej, obcej i wrogiej Polsce i polskości tradycji, ale trzeba ze smutkiem przyznać, że po ostatecznym upadku marzeń o niepodległości, równoznacznym z tragicznym końcem misji Żołnierzy Wyklętych, większość społeczeństwa próbowała żyć w miarę normalnie w stanie, który miękko opozycyjny pisarz ery peerelowskiej określił jako „nierzeczywistość”. Jest na to, oczywiście, usprawiedliwienie – przecież i w czasie wojny, i okupacji niemieckiej, a potem sowieckiej młodzi ludzie poza rozpoznawaniem i wypełnianiem lub nie obowiązków patriotycznych jak zawsze w historii ludzkości zakochiwali się, zakładali rodziny, wychowywali zrodzone z miłości dzieci. Czy mamy ich za to osądzać? Nie! Ważne, jak owe dzieci wychowali!
Konformizm jest stanem naturalnym każdego społeczeństwa – słowa dziś używanego zamiast pojęcia Naród. Ale w czasach pierwszej Solidarności Naród, który tak naprawdę stał za jej wybuchem, dał swój głos, nie ulegając owej konformistycznej niby większości, i to Naród zwyciężył. Piszę to wszystko, by jakoś podejść do już dziesiątej rocznicy – nie katastrofy! – a Tragedii Smoleńskiej z 10 kwietnia 2010 r.
Bo to wówczas – jak 13 grudnia 1981 r. – nastąpiło kolejne złamanie kręgosłupa moralnego Narodu Polskiego. Nie sądzę, by kłamały statystyki przez wiele lat ukazujące, że większość Polaków pozytywnie oceniła wprowadzenie stanu wojennego przez generała nie wiadomo jakiej armii Jaruzelskiego. Tak samo nie wątpię, że prawdziwe były lęki być może tej samej większości Polaków, że próba wyjaśnienia prawdziwych przyczyn katastrofy smoleńskiej może oznaczać podważenie ich spokojnego bytowania, jeśli się okaże, że winna jest Rosja.
Zobaczyć, co widzą nasi przyjaciele
Bezlitosna diagnoza „czwartego”, połamanego wieszcza, Cypriana Kamila Norwida, że „Polak jest olbrzym, a Polak jako człowiek jest karzeł”, jeśli zrozumiemy słowo „człowiek” jako „obywatel”, niestety jest słuszna i dzisiaj. Oczywiście większość Polaków nie podpisywała się pod organizowanymi podówczas przez prawą (tfu, lewą!) rękę Donalda Tuska – Janusza Palikota – ekscesami nurzającymi pamięć po poległej pod Smoleńskiem elicie Narodu w ekskrementach i szyderze, ale niestety to tolerował. Moi przyjaciele z byłych republik sowieckich – Gruzji, Litwy, Estonii, Łotwy, Ukrainy – od pierwszego dnia wyrażali przekonanie, że Prezydent Lech Kaczyński został zamordowany przez Rosjan z zemsty za swoją działalność na rzecz utrwalenia niepodległości tych krajów, a w Polsce podobne zdanie nie miało najmniejszej szansy przebicia się do mediów zarządzanych przez – tak! – zdrajców Ojczyzny, klakierów Tuska oddającego śledztwo w tej sprawie w ręce potencjalnego sprawcy.
Miałem zaszczyt poznać osobiście Prezydenta Lecha Kaczyńskiego w związku z moją działalnością filmową reżysera dokumentalisty zajmującego się wypełnianiem „białych”, a w istocie czarnych plam w historii XX w. To dzięki wiedzy gromadzonej latami przez gruzińskiego doktora historii na Uniwersytecie Warszawskim Dawida Kolbaia i naszym filmom o wykładowcy tejże uczelni ks. Grzegorzu Peradze, gruzińskim kapelanie swoich rodaków – oficerów Wojska Polskiego w okresie II RP i bohaterów II wojny światowej oraz poświęconemu im właśnie obrazowi „W rogatywce i tygrysiej skórze” Lech Kaczyński zyskał dogodne narzędzie do prowadzenia swojej polityki kaukaskiej w duchu „prometeizmu” Marszałka Piłsudskiego, co już po śmierci Prezydenta zaowocowało po dojściu Zjednoczonej Prawicy do władzy zorganizowaniem jednoczącego 12 państw Europy Środkowo-Wschodniej Trójmorza.
W 2007 r. miałem okazję wraz ze śp. Prezydentem Kaczyńskim na pokładzie feralnego Tu-154M odwiedzić Azerbejdżan. Jednym z punktów programu była na pozór czysto kurtuazyjna wizyta w stołecznym Uniwersytecie Słowiańskim, którego nasz Prezydent został doktorem honoris causa w 2005 r. Na powitanie chór uczelniany odśpiewał po polsku „Mazurka Dąbrowskiego”, a rektor wygłosił mowę w pięknym literackim języku polskim. Później ze zdziwieniem dowiedziałem się, że wbrew moim przypuszczeniom kilka tysięcy absolwentów polonistyki z Baku w ogóle nie ma żadnych polskich korzeni (sądziłem, że znaczna ich część to potomkowie licznych na Kaukazie popowstaniowych zesłańców), ale że wybrali te studia po prostu z sympatii i podziwu dla Polski i jej osiągnięć w walce o wolność i pełną suwerenność! Taki ogromny potencjał zaufania, zamiast stać się mocnym opiniotwórczym „polskim lobby” w Azerbejdżanie, od śmierci Prezydenta Kaczyńskiego marnował się bez żadnego wsparcia ze strony polskiego MSZ za czasów rządów PO, która nawet planowała… likwidację tamtejszej polskiej ambasady!
Obudźmy się z koszmaru, który zafundowali nam wschodni sąsiedzi
W tzw. katastrofie smoleńskiej straciłem też przyjaciela, pracownika Kancelarii Prezydenta Mariusza Handzlika. Podobnie jak szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego Prezydenta Aleksander Szczygło, był on głęboko przekonany o podzielanym i przeze mnie przeświadczeniu o sensie włączenia takich krajów kaukaskich, jak Gruzja i Azerbejdżan, w struktury paktu NATO i zbliżenia strategicznego z Polską w ramach idei Międzymorza autorstwa Piłsudskiego. Boleję nad tym dodatkowo osobiście, ale przecież ważniejsza jest ogólna refleksja dotycząca 10. rocznicy ich śmierci dla całej Polski. Już wiemy, że przedstawiciele władz RP nie udadzą się dla uczczenia zarówno pomordowanych oficerów, jak i poległych Prezydenta i towarzyszących mu osób do Smoleńska, a ze względu na uwarunkowania epidemii nawet do Charkowa na Ukrainie, by uczcić ich pamięć. Jest to decyzja ze wszech miar słuszna, ale powinna pociągnąć za sobą głębszą refleksję. W kontekście wydarzeń ostatnich 10 lat uważam, że państwo polskie powinno poważnie rozważyć kwestię przeniesienia doczesnych szczątków ofiar mordu katyńskiego z terytorium Rosji do Polski. Dlaczego mają spoczywać na „nieludzkiej ziemi”, której władze nadal urągają ich męczeńskiej pamięci, stawiając wokół miejsca ich śmierci swoje memoriały zaprzeczające prawdzie o rosyjskim sprawstwie tej zbrodni?
Wtedy, 10 lat temu, antypolskie partie rządzące Polską z tchórzostwa i oportunizmu zarządziły kastrację polskiej pamięci. Dziś, gdy po opanowaniu epidemii będziemy musieli wszystko zaczynać od nowa, jest najwyższa pora, by kwestie pamięci narodowej także rozważyć po nowemu. Inaczej we snach będzie nas nadal nawiedzała armia cieni prowadzona przez Prezydenta, który zginął w tym samym miejscu 70 lat później. Ten koszmar zafundowali nam nasi wschodni sąsiedzi. Chyba dziś mamy już dość sił, by się z niego obudzić i jawę tworzyć po swojemu!