W poprzednim artykule naświetliłem skrótowo tło sięgającego korzeniami kilkuset lat wstecz konfliktu, który eksplodował w momencie rozsypywania się Związku Sowieckiego i od tego czasu tli się podskórnie. Świat „poradził sobie” z tym problemem tradycyjnie: Rada Bezpieczeństwa ONZ wydała przed laty aż 4 rezolucje potępiające agresję Armenii i okupowanie przez nią od 1988 r. Górskiego Karabachu stanowiącego 20 proc. terytorium Azerbejdżanu, a OBWE powołała Grupę Mińską, oczywiście z miłującą pokój Rosją w składzie, która od 30 lat zajmuje się „uregulowaniem konfliktu na drodze negocjacji”. Azerbejdżanie nazywają jej członków „turystami”, gdyż od trzech dekad jeżdżą do ich kraju i Armenii, obżerają się kawiorem, zapijając koniakiem, i nie są w stanie doprowadzić do jakichkolwiek pozytywnych zmian w stale grożącej wybuchem sytuacji.
Wiele się zmieniło od Tbilisi
I oto ten wybuch nastąpił po raz kolejny, tyle że tym razem może radykalnie zmienić układ sił na Kaukazie, w odróżnieniu od poprzedniego zaostrzenia w 2016 r. Wówczas Rosji udało się pozyskać wsparcie międzynarodowe do wywarcia presji na Azerbejdżan i zatrzymania rozpoczętej z sukcesami ofensywy przeprowadzonej w celu odbicia okupowanych przez Ormian terytoriów. Jednakże teraz, wskutek awanturniczej polityki Moskwy zarówno wobec Ukrainy, jak i na Bliskim Wschodzie, autorytet Rosji mocno na świecie podupadł i nawet w Europie nie znajduje obecnie zbyt wielu chętnych do odgrywania roli pożytecznych idiotów. Gdy w 2008 r. Rosja napadła na Gruzję, tylko przywódcy z Europy Środkowej pod wodzą prezydenta Lecha Kaczyńskiego okazali jej realną pomoc, przybywając z misją ratunkową do Tbilisi. W tym samym czasie ówczesny przywódca Francji Nicolas Sarkozy pospieszył… do Moskwy, by pod hasłem negocjacji pokojowych w istocie podżyrować efekty rosyjskiej agresji, czyli trwającą do dziś okupację ponad 20 proc. terytorium Gruzji.
Tymczasem dziś jego następca Macron, do niedawna wielki przyjaciel Putina, udaje się na Litwę, by spotkać się z liderką masowych demonstracji białoruskich, panią Cichanouską, i zapowiada sankcje na reżim Łukaszenki, a nawet Rosję, gdyby podjęła próbę mieszania się w sprawy wewnętrzne Białorusi. Jeśli chodzi o front kaukaski, jakoś nic tym razem nie słychać o ożywieniu się Grupy Mińskiej OBWE mimo ewidentnych starań Moskwy. Zapewne Putin pluje sobie teraz w brodę, że w latach 90. ubiegłego wieku, dysponując wszak w Radzie Bezpieczeństwa ONZ prawem weta, Rosja Jelcyna nie zablokowała wspomnianych rezolucji, które domagały się od Armenii zwrócenia Azerbejdżanowi okupowanych terenów.
Stoltenberg nie owija w bawełnę
Chciałbym zwrócić uwagę na fakt, który nie wzbudził zainteresowania polskich komentatorów, w większości słabo zorientowanych w tematach kaukaskich. Otóż 27 września rozpoczynają się gwałtowne walki o Karabach, a 29 w siedzibie NATO w Brukseli sekretarz generalny Paktu Jens Stoltenberg jakby nigdy nic przyjmuje premiera Gruzji Giorgi Gacharię. Nie wspomina ani słowem o wojnie toczącej się tuż za granicami jego kraju i nazywa Gruzję jednym z najważniejszych partnerów NATO. Z jego strony padają mocne słowa: „Wzywam was, byście dalej wykorzystywali wszystkie możliwości dla zbliżenia z NATO. I przygotowania się do akcesji”. Stoltenberg wezwał też Rosję do wycofania wojsk okupacyjnych z terytorium Gruzji – Abchazji i Osetii Płd. Wziąwszy pod uwagę, że Azerbejdżan w wielu poprzednich wypowiedziach sekretarza generalnego NATO był wymieniany na równi z Gruzją jako kraj zasługujący na akces do Paktu, trudno w obecnym wystąpieniu nie dopatrzyć się wyraźnego ostrzeżenia dla Kremla przed mieszaniem się w kaukaski konflikt.
Burzy to całą odwieczną strategię Moskwy wedle starożytnej formuły: dziel i rządź. Rosja pojawiła się na Kaukazie w XIX w. rzekomo w celu obrony przed najazdem perskim bratniej, także prawosławnej Gruzji. Operacja się udała, pacjent zmarł – ostatni gruziński król Giorgi XII zakończył życie w dalekim Petersburgu w 1800 r., a jego kraj, istotnie oswobodzony od Persów, stał się za to prowincją Imperium Rosyjskiego. Starożytny Kościół został pozbawiony autokefalii oraz patriarchatu i w ciągu następnych stu lat był brutalnie rusyfikowany.
Podbój muzułmańskiej części Kaukazu został 20 lat później uwieńczony aneksją Azerbejdżanu, Dagestanu i innych krain górskich. Moskwa od razu rozpoczęła politykę nastawiania przeciw sobie kaukaskich narodów, co uprawia do dziś. Z jednej strony faworyzowała sprowadzanych tu masowo Ormian jako przeciwwagę dla żywiołu muzułmańskiego, z drugiej udzielała ludności krain wyznających islam niesłychanych wręcz przywilejów, jak zwolnienie ze służby wojskowej! A była ona wówczas obowiązkowa dla wszystkich innych podbitych narodów, także Polaków, i warto przypomnieć, że dla szeregowców oznaczała 25 lat spędzonych w carskiej armii.
Dlaczego teraz wybuchła wojna
Wróćmy do współczesności. O ile stosunki między Azerbejdżanem a Gruzją są w miarę poprawne, o tyle Armenia nie cieszy się, najdelikatniej mówiąc, sympatią tych dwóch narodów. A problem jej polega na tym, że trzecim sąsiadem jest otwarcie wroga Turcja, jedyny zaś szlak do sojuszniczej Rosji prowadzi przez Gruzję.
Dlaczego Azerbejdżan akurat teraz zdecydował się podjąć kolejną zbrojną próbę odzyskania integralności terytorialnej? Być może uznano tam, że Rosja nie jest już w stanie skutecznie bronić wiernego wasala, chociaż ma na terenie Armenii potężną bazę wojskową. Podupadła gospodarka kraju niedysponującego bogactwami naturalnymi niemal w całości zależy od wsparcia Rosji, która wskutek zachodnich sankcji nie jest już w stanie finansować nawet tak oddanych sojuszników, jak Białoruś i Armenia. Znaczenie ma też zapewne mocne wsparcie dla Azerbejdżanu bliskiej etnicznie Turcji. Prezydent Erdoğan wykonał gwałtowną woltę wobec Rosji i w niezwykle ostrych słowach groził Erywaniowi: „Armenia wpadnie do dziury, którą kopie dla innych. Będziemy obok sił zbrojnych Azerbejdżanu, będziemy wspierać naszych braci zgodnie z zasadą: jeden naród, dwa państwa”. Tyle że Azerbejdżanowi wsparcie wojskowe nie jest potrzebne, bo jego armia w ostatnich latach uzyskała bez zbędnych deklaracji wsparcie… Izraela, dzięki czemu dziś na froncie izraelskie drony HAROP, SkyStriker i Hermes oraz taktyczne rakiety LORA sieją spustoszenie wśród armeńskich czołgów.
A jakie panują nastroje społeczne w obu krajach? Moi znajomi z regionu zaznaczają, że w Azerbejdżanie panuje powszechny entuzjazm i ustawiają się kolejki ochotników do wojska. Z kolei armeńskie gazety pełne są gróźb pod adresem uchylających się od służby na froncie, co nie świadczy o wysokim morale mieszkańców Armenii. W dodatku szef MSZ Rosji Ławrow w zawiłym oświadczeniu musiał jednak powołać się na fatalne rezolucje Rady Bezpieczeństwa ONZ, co oznacza, że Moskwa może być zmuszona nie interweniować w obronie armeńskiego sojusznika. Sądzić więc można, że wkrótce wojna o Karabach może znowu zagościć w gorących newsach światowych mediów.