Okazuje się, że w wersji dla Armenii można przeczytać o winie Azerów za wybuch konfliktu i o tym, jakie straty na froncie zadają wojska ormiańskie wojskom azerskim. W wersji dla Azerbejdżanu odwrotnie, czytamy o podżegaczach wojennych z Armenii i „wyzwalaniu” kolejnych miejscowości przez wojska azerskie. Wszystko to pokazuje, jaką rolę odgrywa od lat w konflikcie azersko-ormiańskim Rosja (a wcześniej Związek Sowiecki), stosując politykę „dziel i rządź” i rzeczywiście utrzymując wpływy w obu krajach.
Tyle że teraz mocno wszedł czynnik turecki, wraz z rosnącymi imperialnymi apetytami prezydenta Turcji Erdoğana, który jest swego rodzaju alter ego Putina. Jednocześnie Rosja i Turcja od lat na pokaz demonstrują wręcz przyjaźń, choć rywalizują w Syrii i Libii. Sytuacja jest więc dziwna i pokręcona, co czyni ją jeszcze bardziej niebezpieczną, nie tylko dla Kaukazu.