Niezależna rosyjska politolog Lilia Szewcowa jest przekonana, że ten niewydolny i skorumpowany system musi upaść, ale do zmian może dojść według Szewcowej jutro, lub za jakieś 20 lat. Są też hipotezy, że Rosja jest obecnie tak agresywna na arenie międzynarodowej, bo co inteligentniejsi kremlowscy planiści wyliczyli, że „teraz albo nigdy”. Albo Rosja zrobi udany skok na obce zasoby i prawdziwą mocarstwowość, albo system upadnie. I ta hipoteza jest prawdopodobna, ale nie wyklucza przecież hipotezy o nadchodzących zmianach.
Rewolucja, której nie było
Wróćmy jednak do samej rocznicy. W październiku 1917 r. nie doszło do żadnej rewolucji. Carat praktycznie już był odsunięty przez umiarkowaną rewolucję lutową. Bolszewicy wywołali wojnę domową. To, że potem ją wygrali, kosztem milionów ofiar, to też suma przypadków, braku zdecydowania i czasem głupoty przeciwników. W XXI w. w Rosji też raczej nie będzie żadnej rewolucji. Bardziej prawdopodobny jest ciąg gwałtownych zdarzeń, które zmienią Rosję. Czy ta „inna Rosja” będzie lepsza? Co ewentualne zmiany znaczą dla Polski?
Inna Rosja to nazwa organizacji założonej przez byłego oligarchę Michaiła Chodorkowskiego, którego korporacja Putina zesłała na lata do łagrów, a w 2014 r. niespodziewanie wypuściła. Chodorkowski nie ukrywał, że leży mu na sercu Rosja bardziej zachodnia, kapitalistyczna i demokratyczna. Cóż, jedno można powiedzieć na pewno: inna Rosja nie będzie tą z programu Chodorkowskiego. Nie będzie to na pewno Rosja liberalna, choć rzeczywiście liberalna moskiewska i petersburska inteligencja ma najdłuższy staż opozycyjny i bodaj najwięcej wycierpiała już od czasów sowieckich.
Projekt Nawalny
To liberalna inteligencja i opozycja skupiona wokół jedynych w miarę niezależnych mediów, jak Echo Moskwy, „Nowaja Gazieta”, portal Grani.ru czy telewizja Dożd, jest dziś na pierwszej linii walki z bezprawiem. I wciąż ponosi ofiary – niedawno zmarł kolejny działacz pobity przez „nieznanych sprawców”, członek ruchu Solidarność, były współpracownik zamordowanego w 2015 r. Borysa Niemcowa. We wrześniu z Rosji uciekła dziennikarka i publicystka Echa Moskwy Julia Łatynina, którą próbowano zamordować. Dziś nadaje swoje korespondencje z nieznanego miejsca.
Inna znana opozycyjna dziennikarka Ksenia Sobczak zgłosiła się jako kandydatka na prezydenta. Na początku zdążyła zadeklarować, że „Krym w świetle prawa międzynarodowego jest ukraiński”. Sobczak to córka byłego współpracownika Putina, mera Petersburga w latach 90. – Anatolija Sobczaka. Wywodzi się z petersburskich i moskiewskich elit władzy, była celebrytką i skandalistką i nic jej w polityce rosyjskiej nie przeszkadzało aż do 2011 r., kiedy przyłączyła się do opozycyjnych protestów przeciwko sfałszowaniu wyborów. Ale Ksenia Sobczak nie budzi zaufania liberalnej opozycji choćby dlatego, że podobno wciąż co jakiś czas rozmawia z Putinem.
Większość liberalnej inteligencji stawia na Aleksieja Nawalnego. Nie popiera go w 100 proc., ale widzi, że jest on przywódcą antykremlowskiej opozycji. W normalnym kraju mógłby wygrać wybory. Z tym że Rosja nie jest krajem normalnym, a wybory nie są uczciwe. Putin nie jest demokratycznym politykiem. W wyborach samorządowych w Moskwie kilka lat temu Nawalny był w stanie zdobyć ok. 30 proc. głosów, ale w innych dużych miastach ludzie znają go jako złodzieja, cwaniaka, obcego agenta – tak przedstawia go państwowa propaganda. Nawalny ma poparcie wśród zdesperowanych licealistów. Młodzi, nawet na prowincji, rzeczywiście biorą udział w zwoływanych przez internet demonstracjach i wiecach poparcia dla niego. Ale to za mała siła, by wynieść Nawalnego do władzy. Zresztą nie lud tu decyduje.
Nawalny wciąż nie jest dopuszczony do kandydowania. Został skazany w najprawdopodobniej sfingowanym procesie na kilka lat więzienia w zawieszeniu za rzekome malwersacje. Nawalny rozpoczął swoją karierę opozycjonisty od kupowania akcji spółek giełdowych, by mieć wgląd w ich papiery i opisywać korupcję na styku państwa i biznesu. Skazano go więc tak naprawdę za tę działalność. Komisja wyborcza nie chce jednak zarejestrować go jako kandydata. Sam Nawalny czeka na polityczną decyzję Kremla, ale już objeżdża Rosję i mimo licznych represji zdarza się, że gromadzi prawdziwe tłumy, jak choćby w zeszłym tygodniu w Permie. Wierzy, że będzie mógł wystartować. Nie zraziło go to, że kilka tygodni temu został aresztowany. Odsiedział swoje, wyszedł i zabrał się do roboty.
W poszukiwaniu idei
Fakt, że Aleksiej Nawalny nie boi się Kremla, naprawdę robi wrażenie. Niedawno w rozmowie z „Gazetą Polską” kanadyjska pisarka, znawczyni współczesnej Rosji i dawnego ZSRS Amy Knight oceniła, że istnieje 50-procentowe ryzyko, że zostanie zabity. Dodałbym – albo co najmniej skazany na łagry, tak jak kiedyś Chodorkowski. Nawalny nie sprawia jednak wrażenia desperata i „jurodiwego”, raczej technokraty z pasją.
Skoro jednak nie ma szans ani nie może wystartować w wyborach, a poza nim Putin nie ma żadnego prawdziwego kontrkandydata, nasuwa się pytanie: po co władza represjonuje Nawalnego? Czego się boi, zwiększając kontrolę internetu w Rosji?
Prawdopodobnie dlatego, że od dawna Nawalny jest dla części kremlowskich elit i polittechnologów interesujący i postanowili go trzymać na czarną godzinę. Gdzieś tam „u góry” jest jakaś niewidzialna siła kontrolująca, by rosyjskie służby i „nieznani sprawcy” nie postąpili z Nawalnym tak jak choćby z Niemcowem. Nawalny ma bowiem charyzmę oraz idee. A w Rosji to bardzo ważne, zwłaszcza by mieć „ideę nadrzędną”, „swierchidieję”. Władzy w Rosji zaczyna bowiem najwyraźniej tego brakować.
Nawalny deklaruje się jako nacjonalista. Jednak nacjonalista rosyjski to nie to samo, co imperialista rosyjski. Nawalny krytykuje zaangażowanie Rosji np. na Kaukazie bądź w Azji Środkowej i, co za tym idzie, otwarcie na migrantów i wpływy z tych regionów. Na terenach tych mieszka coraz mniej Rosjan, natomiast w Rosji coraz więcej ludzi o pochodzeniu kaukaskim czy środkowoazjatyckim. Nawalny poparł też aneksję Krymu, bo mieszka tam „żywioł rosyjski”.
Jeżeli więc wierzyć Szewcowej, że do załamania w Rosji dojdzie, to będzie ono miało oblicze albo nacjonalistycznego przewrotu, albo korekty na szczytach władzy. Niekoniecznie Putina zastąpi Nawalny, ale przynajmniej ktoś głoszący idee, że „Rosja musi być dla Rosjan” i należy skupić się na rozwoju rdzenia, a nie podbijaniu i zbawianiu świata.
I tu pojawiają się kolejne pytania. Czy taka Rosja będzie na przykład mniej zbrodnicza i bardziej demokratyczna? Czy będzie dalej rządzona przez służby specjalne? Czy w innej Rosji przestaną być mordowani dziennikarze i politycy? Czy będzie ona mniej skorumpowana? Czy będzie mniejsza terytorialnie? A może wdroży inny, postkolonialny model kontroli nad dawnymi prowincjami? Czy odniesie sukces, czy upadnie? Na te pytania nie sposób dziś odpowiedzieć. Z pewnością jednak rozważają takie kwestie co inteligentniejsi Rosjanie. Zarówno ci związani z władzą, jak i ci od niej niezależni.
Można już natomiast powiedzieć jedno: „inna Rosja”, nawet obiektywnie lepsza, niekoniecznie musi być dobrą wiadomością dla Polski. Od dawna Polska i inne kraje naszego regionu korzystają z pozycji „państw frontowych”. Nie ma wątpliwości, że gdy Rosja pokaże inną twarz, zacznie ją kochać większość zachodniego świata. W tym nowym układzie Europa Środkowa znów zaczęłaby przeszkadzać.