Zanim dojdziemy do „eurazjatyckich Bałkanów”, zacznijmy porównanie sytuacji prawdziwych Bałkanów i Półwyspu Iberyjskiego. Otóż pierwsi ideologowie i twórcy państwa południowych Słowian (choć dodajmy, mieli w nim mieszkać nie tylko Słowianie, ale też np. Albańczycy i Węgrzy) inspirowali się m.in. historią Hiszpanii.
Pierwszą Jugosławię, tę z lat międzywojennych, miała łączyć osoba króla, podobnie jak osoba monarchy spajała przez wieki Hiszpanię. Ludność Bałkanów, podobnie jak Hiszpanii, była bardzo zróżnicowana. Niektóre grupy etniczne miały nawet korzenie przednowoczesne i strukturę klanową (np. Baskowie na Płw. Iberyjskim, Albańczycy na Bałkanach).
Państwo hiszpańskie miało jednak, w przeciwieństwie do Bałkanów, wspólną tradycję polityczną, znajdującą ugruntowanie w religii katolickiej. Na Bałkanach zaś do dziś mamy Kościół katolicki, prawosławie i islam.
Półwysep Iberyjski był często wstrząsany niepokojami wewnętrznymi. Największe to oczywiście wojna domowa z lat 1936–1939, swoim okrucieństwem porównywalna z wojnami w Jugosławii w latach 1941–1945 oraz 1991–1999. Można zaobserwować też takie podobieństwo, że wojna w Hiszpanii była wojną ideologiczną sił narodowych (czasem faszystowskich) z siłami komunistycznymi i lewackimi, ale i wojną etniczną, starciem Hiszpanów/Kastylijczyków z Katalończykami i Baskami. Było także zaangażowanie tych samych czynników zewnętrznych – III Rzeszy, Wielkiej Brytanii, Włoch czy ZSRS.
W Jugosławii w czasie II wojny światowej też jednocześnie toczyła się walka z najeźdźcami niemieckimi i włoskimi, a także pomiędzy Serbami, Chorwatami czy Albańczykami. Dodatkowo na te konflikty nakładało się ideologiczne starcie sił monarchistycznych i konserwatywnych (głównie serbskich) z komunistami wspieranymi, jak w Hiszpanii, przez ZSRS.
Franco i Tito
Po II wojnie światowej Hiszpania rządzona była żelazną ręką przez zwycięzcę wojny domowej – Francisco Franco. Z kolei Jugosławia rządzona była przez tamtejszego zwycięzcę – Josipa Broz Tito. Franco był konserwatywnym katolikiem, a Tito komunistą, który walczył przeciwko siłom Franco w wojnie domowej w Hiszpanii. Obaj byli wojskowymi dyktatorami, którzy jednocześnie cieszyli się autentycznym poparciem społecznym.
Próbowali zachować niezależność mimo formalnej przynależności do struktur ponadpaństwowych, oficjalnych bądź umownych. Hiszpania Franco była członkiem NATO, ale nie wprowadziła liberalnej demokracji tak długo, jak Franco żył. Jugosławia formalnie była państwem komunistycznym, ale Tito lawirował politycznie i gospodarczo między Wschodem a Zachodem. Systemy obu państw były mieszaniną gospodarki rynkowej i państwowej, gdzie ważne było bezpieczeństwo socjalne. W obu krajach ważne były turystyka i transfery pieniężne od milionów emigrantów zarobkowych.
Tito i Franco tłumili separatyzmy i dążenia niepodległościowe. Franco baskijskie i katalońskie, Tito chorwackie i albańskie. Śmierć tych przywódców oznaczała w ich państwach koniec ich epoki. Z tym że w Hiszpanii rozpoczęła się epoka demokracji liberalnej w formie monarchii konstytucyjnej, a w Jugosławii doszło do wybuchu nacjonalizmów i nastąpił rozpad państwa. Dopóki żyli Tito i Franco, działała ideologia państwowa zamknięta w Jugosławii w haśle „braterstwo i jedność”, a w Hiszpanii we „wszystko dla ojczyzny”.
Oczywiście systemy Hiszpanii i Jugosławii były nacechowane sporą dozą zakłamania, nie zmienia to jednak faktu, że działały, a gdy zniknął lider, zapanowała pustka. W Hiszpanii udało się uratować sytuację powrotem króla, w Jugosławii nie było na to szans. Dziś, ponad 20 lat po rozpadzie Jugosławii, to Hiszpania zdaje się rozpadać. I znów w tym procesie są podobieństwa między oboma państwami.
I kto tu jest złodziejem?
Podobnie jak kiedyś w Jugosławii konflikt w Hiszpanii nakręca przede wszystkim sytuacja gospodarcza. Jugosławia do połowy lat 80. była krajem względnego dobrobytu, po śmierci Tito sytuacja ekonomiczna jednak się załamała. Rozbudzone i niespełnione aspiracje konsumpcyjne wywołały frustrację. Nomenklatura, ale też zwykli ludzie w każdej republice byli przekonani, że są okradani. Serbowie byli przekonani, że utrzymują wszystkich. Najbogatsi Słoweńcy i Chorwaci, podobnie jak dziś Katalończycy w Hiszpanii, uważali, że centrum ich okrada. Najbiedniejsi zaś (Macedonia, Kosowo, Bośnia) uważali, że są wyzyskiwani przez wszystkich.
Do czasu kryzysu gospodarczego z 2008 r. Hiszpania była jednym z najbogatszych krajów Europy. Podobnie jak w Jugosławii długo jednak bagatelizowano problemy – bezrobocie młodych, korupcję, nierówności, niezrównoważony rozwój. Aż nastąpiło tąpnięcie. I znowu, tak jak w latach 80. w Jugosławii, wszyscy nabrali przekonania, że inni ich okradają. Baskowie i Katalończycy są przekonani, że bez hiszpańskiej kuli u nogi poradziliby sobie lepiej. Najbiedniejsze regiony, jak Andaluzja, uważają, że są wyzyskiwane, a centrum z Madrytem na czele nie rozumie niewdzięczności Basków i Katalończyków, wskazując, że bez dostępu do dużego ogólnohiszpańskiego rynku regiony nie rozwijałyby się tak szybko.
W najbliższym czasie Katalonia, i być może Kraj Basków, ogłosi niepodległość, niczym Słowenia, Chorwacja oraz Bośnia i Hercegowina. Czy dojdzie do wojny? Nawet jeśli w Hiszpanii wojsko zostanie użyte, nie należy spodziewać się wojny takiej, jak w byłej Jugosławii. Lata 80. i 90. to okres wchodzenia w dorosłość pokolenia drugiego powojennego wyżu demograficznego, ludzi urodzonych w latach 60. i 70. Dużo młodych, którzy nie mają co ze sobą zrobić, w sytuacji braku stabilności oznacza wielu chętnych do wojny. W dzisiejszej Hiszpanii wskaźniki demograficzne są bardzo słabe, więc nie ma społecznego potencjału dla wojny.
Kolejna różnica jest taka, że Hiszpania jest krajem unitarnym, więc niepodległości Katalonii czy Kraju Basków bez zgody Madrytu nie uzna żaden poważny kraj. W wypadku Jugosławii sytuacja była zgoła inna – to była według prawa federacja. Oczywiście, w czasach komunistycznych to była fikcja, jednak oddzielające się od Jugosławii kraje miały argumenty prawne. Nawet Kosowo.
Wreszcie najważniejsza różnica, Jugosławia była krajem autorytarnym z elementami totalitaryzmu, a cały kraj był uzbrojony po zęby. W Hiszpanii od lat 70. jest demokracja, a i ostatnie lata ery Franco trudno nazwać autorytarnymi. Kraj nie jest zmilitaryzowany mimo dużej roli wojska. Ale punktowa przemoc i kryzys państwa są jak najbardziej możliwe.
Nie tylko Hiszpania...
Rozpad różnego rodzaju więzi państwowych i międzypaństwowych, wykształconych w drugiej połowie XX w., obserwujemy nie tylko w Hiszpanii. I nawet nie tylko w Europie i Azji, ale też choćby w Stanach Zjednoczonych. Nie zawsze chodzi o rozpad terytorialny, lecz o zachwianie stabilności całego systemu politycznego, co skutkuje ostrymi konfliktami wewnętrznymi. Wspomniałem USA – tam trwa przecież wojna o symbole. Po zwycięstwie Donalda Trumpa opozycyjne władze lokalne rozpoczęły usuwanie pomników np. generałów czy polityków, którzy walczyli w wojnie secesyjnej po stronie Południa, albo takich, którzy mieli niewolników. Amerykanie z drugiej strony politycznej barykady w reakcji na to coraz chętniej eksponują barwy dawnej Konfederacji. W Charlottesville doszło do krwawych starć między skrajną prawicą a skrajną lewicą. To wszystko zapachniało wojną secesyjną. Oczywiście Stany Zjednoczone są na tyle stabilnym państwem, z wbudowanymi tak wieloma bezpiecznikami na wypadek kryzysu, że raczej nie należy spodziewać się rozpadu kraju. Ale, parafrazując polskiego klasyka, „to, co ich podzieliło – to już się nie sklei”. Przynajmniej nie w najbliższej przyszłości.
Na wschodzie od naszych granic widać z kolei wyraźnie, że na rozpad Ukrainy (tak jak wcześniej Gruzji czy Mołdawii) gra Rosja. Moskwa wspiera separatyzmy już od czasów ZSRS, ale to i dla niej bardzo niebezpieczna gra. Co prawda Rosja stara się twardą ręką zaprowadzić spójność w państwie, ale nie do końca to jej się udaje, zwłaszcza na Kaukazie. Dobrym przykładem jest Czeczenia Ramzana Kadyrowa, który deklaruje miłość do Putina, za co dostaje miliardy petrodolarów i buduje w Czeczenii oparte na szariacie udzielne księstwo. Ostatnio jednak Kadyrow otwarcie sprzeciwił się stanowisku Rosji wobec prześladowań muzułmanów w Birmie.
Procesy erozji politycznej można w różnym natężeniu zaobserwować od Niemiec po USA. We Francji drzemie przecież separatyzm korsykański, we Włoszech każdy region przez wieki był niezależny. Niemcy? To już dziś kraj federacyjny, z dużą autonomią landów. Zmagają się natomiast z erozją wspólnoty politycznej. Wpływa na to utrata kontroli nad imigracją, terroryzm, spadek poczucia bezpieczeństwa i wiary w kierunek rozwoju liberalnej demokracji. Rozpada się też Unia Europejska, jaką znamy, czego dowodem jest brexit.
Na tym tle, paradoksalnie, na ostoję stabilności i spokoju wygląda Europa Środkowa (na czele z Polską), plus Bałkany. Tutejsze narody doświadczyły już wielu burz dziejowych i ich racją stanu jest niedopuszczenie do ich powrotu. Przykładem środkowoeuropejskiej przenikliwości w podejściu do problemów separatyzmów była polityka prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Sprzeciwiał się uznaniu przez Polskę niepodległości Kosowa, widząc w tym precedens, który rozreguluje ład międzynarodowy. Tak się stało. Najpierw dla Rosji, która powołując się na casus Kosowa zajęła Abchazję i Osetię Płd. w Gruzji, a potem oderwała od Ukrainy Krym. Po Rosji ośmielili się także separatyści z Hiszpanii.
Ład utworzony po II wojnie światowej, wzmocniony po upadku komunizmu i innych dyktatur, chwieje się w posadach. Takie sytuacje „rozpadu świata” zdarzały się w historii. Dochodziło wtedy do konfliktów albo do utworzenia nowego ładu. W czasach nowożytnych był już ład wiedeński i jego korekta na konferencji berlińskiej. System upadł w wyniku I wojny światowej i nie pomogła mu próba budowy systemu wersalskiego. Ład jałtański obowiązuje właściwie do dziś. Do dziś też ważnym elementem są utworzone po 1945 r. instytucje, jak Organizacja Narodów Zjednoczonych, Światowa Organizacja Handlu, wspólnota europejska, Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Bank Światowy. Niestety przestają one skutecznie działać. Dla krajów takich jak Polska wiąże się to z ogromnym niebezpieczeństwem – że znowu nowe zasady gry ustali jakiś kolejny koncert mocarstw.