Z Włochami – które zgłosiły Rzym - łączą nas więzy historyczne, kulturowe, obecność w Unii Europejskiej i Pakcie Północnoatlantyckim oraz, co szczególnie ważne, konserwatywne rządy mające podobną filozofię służenia własnemu narodowi i państwu.
Z Arabią Saudyjską łączy nas coraz bardziej intensywna współpraca w obszarze energetycznym, a ostatnio również infrastrukturalnym (o czym świadczy porozumienie międzyrządowe podpisane w ubiegłym tygodniu przez ministra infrastruktury Andrzeja Adamczyka).
Wreszcie z Koreą Południową współpracujemy bardzo ściśle w obszarze militarnym (import uzbrojenia na wielką skalę – kontrakty wieloletnie), ale także w obszarze energetyki jądrowej, jak również komunikacyjnym (podpisanie umowy o wsparciu logistycznym jednego z portów lotniczych Korei przy budowie Centralnego Portu Komunikacyjnego).
Tylko w lipcu gościliśmy w Warszawie premier Włoch Giorgię Meloni oraz prezydenta Republiki Korei Yoon Suk-Yeol wraz z pierwszą damą Kim Keon Hee. Delegacja rządowa z Rijadu (stolica państwa dynastii Saudów) była w Polsce kilka dni temu. Za niespełna dwa tygodnie przylatuje do naszego kraju premier Korei Han Duck-soo. Dosłownie kilka dni po nim będziemy w naszym kraju gościć delegację włoską, której celem jest zaprezentowanie kandydatury Rzymu.
Jak widać, wyścig o głos Polski trwa. Nasi bliżsi i dalsi (geograficznie) partnerzy doskonale wszak rozumieją, że walczą nie tylko o jeden, jedyny głos Rzeczypospolitej, ale o coś więcej: o głosy całego bloku państw naszego regionu. Polska jest bowiem naturalnym liderem, choć może lepiej powiedzieć to bardziej dyplomatycznie: organizatorem współpracy regionalnej. Jesteśmy w formacie V4 (Grupa Wyszehradzka). Gramy w jednym bloku z krajami bałtyckimi . I wreszcie w ostatnich ośmiu latach zacieśniliśmy, wcześniej lekceważone, stosunki z krajami Bałkanów, zarówno tymi, które w tym wieku weszły do UE, jak i tymi, które uczynią to zapewne w następnej dekadzie. Należy więc rozumieć oczekiwania Rzymu, Seulu i Rijadu, że przekonanie do jednej z tych kandydatur Polski może oznaczać nie jeden, ale kilka, czy nawet do dziesięciu głosów więcej.
I o to toczy się ten, mało dostrzegalny przez naszą opinie publiczną, mecz.