Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Marcin  Herman
16.01.2023 18:00

Chorwacki eurosyndrom

Wprowadzenie euro w Chorwacji i efekt, jaki spowodowało, ożywiły w Polsce na nowo dyskusję o sensie wprowadzenia europejskiej waluty. Są dwa obozy – jednoznacznych zwolenników i jednoznacznych przeciwników. A przecież to kwestia, która ma wiele niuansów.

Przede wszystkim trudno porównywać gospodarki Polski i Chorwacji. Podobnie jak innych, mniejszych krajów Europy Środkowej, które wprowadziły euro. One mają inną motywację niż Polska.

Cel małych gospodarek

To kraje o rynkach najwyżej do kilku milionów ludzi – niewielkie gospodarki. To znaczy, na głowę mieszkańca kraje bałtyckie, Słowacja, Chorwacja czy Słowenia mają podobny, a czasem (jak w przypadku Słowenii) wyższy dochód niż Polska, ale to wciąż niewielkie rynki. Z takiego punktu widzenia posiadanie własnej waluty wiąże się z większym ryzykiem niż korzyścią. Zwłaszcza dla krajów bałtyckich, bezpośrednio od wielu lat zagrożonych przez Rosję. Walutę niewielkiego kraju w zglobalizowanym świecie finansów potencjalnie stosunkowo łatwo zdestabilizować. Skoro różni słynni maklerzy giełdowi atakami spekulacyjnymi potrafili nieco zdestabilizować nawet takie kraje jak Wielka Brytania (jak George Soros funta brytyjskiego w latach 90.), to co dopiero zdestabilizować walutę małego kraju. Zresztą zagrożeniem nie byłaby tylko Rosja, choć ona zdecydowanie największym. Nigdy nie wiadomo, co mogą chcieć zrobić wielcy inwestorzy – spekulanci giełdowi.

Z punktu widzenia małych krajów Europy Środkowej wprowadzenie euro to więc kwestia bezpieczeństwa kraju, a korzyści, jakie płyną z posiadania własnej waluty i własnej polityki monetarnej, są mniejsze niż korzyść z posiadania euro. Zwłaszcza kraje bałtyckie liczą też, że obecność w strefie euro wzmacnia ich niepodległość samą właśnie obecnością. Albowiem duże kraje zachodnie, z Niemcami i Francją na czele, nie będą skłonne w sytuacji kryzysowej przehandlowywać z Rosją niepodległości krajów strefy euro, bo to zagrożenie dla spoistości całego systemu. Inwestorzy też bardziej skłonni są inwestować na Litwie, Łotwie i Estonii, jeżeli mają euro, a nie lita, łata, koronę itd. Dlatego można zrozumieć szybkie przyjęcie euro przez mniejsze kraje naszego regionu.

Oczywiście są też złe strony, jak zależność od Europejskiego Banku Centralnego i drożyzna. Czyli to, co teraz obserwujemy w Chorwacji.

Mimo wszystko szok cenowy

Władze Chorwacji, przynajmniej tak to przedstawiały, starannie przygotowywały się do wprowadzenia euro, by nie było fal podwyżek cen. Wprowadzono różne rozwiązania mające zapobiec nieuzasadnionemu wzrostowi cen jeszcze na długo przed wprowadzeniem euro. Wydawało się zresztą, że w Chorwacji nie będzie aż takiego problemu ze wzrostem cen po wprowadzeniu euro jak w innych krajach Europy Środkowej, bo… w Chorwacji i tak już było drogo.

Chorwacja od początku istnienia państwa celowo utrzymuje silną walutę. Na początku suwerennego bytu, w czasie wojny, po to, by mieszkańcom nowego państwa nie obniżył się odczuwalny poziom życia w stosunku do czasów Jugosławii, potem – tak już zostało. Sami Chorwaci nie chcieli tego zmieniać. Narzekali zawsze na drożyznę, ale nic z tym nie zrobili. Uznali, że tak trzeba, że mimo wszystko tak im wygodniej żyć.

Po okresie pandemii i dodatkowo potem, gdy rozpoczęła się pełnoskalowa wojna na Ukrainie, chorwaccy przedsiębiorcy jeszcze bardziej wystrzelili z cenami, by nadrobić stracony turystycznie czas i w reakcji na tegoroczną inflację. Ceny w Chorwacji, nie tylko w miejscach turystycznych, stały się horrendalne. Już wcześniej można było zacząć porównywać Chorwację do najdroższych krajów Europy, jak kraje skandynawskie. A to jeszcze przed wprowadzeniem euro.

A mimo to po wprowadzeniu euro ceny poszły w górę jeszcze bardziej. Oczywiście, można podawać różne liczby, zależy, jak się liczy. Sami chorwaccy konsumenci w internecie twierdzili, że w sieciach handlowych niektóre ceny produktów żywnościowych, i tak już drogich, skoczyły realnie nawet o 50 proc. Nawet jeśli to przesada, to w Chorwacji zapanował powszechny niepokój i oburzenie. Rząd obiecał ostrą walkę ze spekulantami.

Nie zmieniać waluty, gdy czasy niestabilne

Należy zauważyć, że winą za chaos cenowy, jaki zawsze towarzyszy wprowadzaniu euro w poszczególnych krajach, nie można obwiniać tylko samego euro. To sami nieuczciwi przedsiębiorcy wykorzystują każdą okazję niepewności na rynku, by zarobić jak najwięcej. Tak było podczas pandemii, tak jest podczas wojny. Tak jest w Chorwacji przy wprowadzaniu euro. Przecież na dobrą sprawę w całej Europie ceny w sklepach i innych miejscach wzrosły powyżej inflacji. Można więc powiedzieć, że Chorwacja po prostu wybrała sobie niezbyt fortunny moment na wprowadzenie euro. Przy spokojniejszej sytuacji na świecie i w gospodarce na pewno nie byłoby aż takich zawirowań.

Problem pogłębia się zwłaszcza w sytuacji, gdy na rynku dominują wielkie korporacje, a państwo jest wobec nich zbyt słabe. To problem w zasadzie każdego państwa, nawet USA, ale w Chorwacji jest on jeszcze większy. W Chorwacji urzędnicy, politycy i spora część społeczeństwa raczej nie myśleli w kategoriach aktywności państwa w gospodarce. Chorwackie elity polityczne i urzędnicze nie były przyzwyczajone do regulowania rynku i wchodzenia w konfrontację z wielkimi firmami, często zagranicznymi. Można powiedzieć, że w Chorwacji oligarchizacja gospodarki i związki biznesu ze światem polityki (zarówno miejscowych oligarchów, jak i zagranicznego kapitału) są dość spore.

Nie pora na tę dyskusję

Występują też problemy korupcyjne. W ten sposób wielcy gracze zbudowali sobie przez ostatnie kilkanaście lat na tyle mocną pozycję w Chorwacji, że robią, co chcą. Wyposażeni w armie prawników i menedżerów mogą wodzić państwo za nos. Państwa mogą się bać głównie mniejsi rodzimi przedsiębiorcy, którzy nie mają tych zasobów. Oni są i będą surowo karani za nieuzasadnione podwyżki. W pozytywnym scenariuszu ta sytuacja może być dla chorwackiego państwa okazją do zbudowania w kryzysowej sytuacji sprawniejszego, bardziej angażującego się w gospodarkę państwa. Ale nie wiem, czy chorwackie elity są w stanie po tylu latach zaniedbań wygenerować nowe podejście.

Nie chcę, by zabrzmiało to jak oskarżanie tylko Chorwacji. Problem ten dotyczy w XXI w., jak powiedziałem, w zasadzie wszystkich krajów zachodnich. Nawet te, które podejmują walkę o korzystną dla społeczeństwa i gospodarki regulację rynku i ograniczanie wpływów i chciwości wielkiego biznesu (jak Polska), nie zawsze wygrywają. Po prostu żyjemy w takim świecie, że często biznes ma więcej pieniędzy niż państwa, nie mówiąc o poszczególnych jego instytucjach.

Polska powinna więc jeszcze ostrożniej podchodzić do wprowadzenia euro. Nie jesteśmy na takim walutowym musie jak mniejsze kraje, mamy bowiem duży rynek, a złotym posługują się ludzie też z innych krajów (choćby na Ukrainie). Mamy rezerwy, które dodatkowo zapewniają bezpieczeństwo przed ewentualnymi atakami na polską walutę.

Oczywiście, wchodząc do UE, Polska zobowiązała się do wprowadzenia euro, ale dziś ani nie spełniamy wymogów euro, ani nie chcemy ich spełniać (nie chcemy jako państwo i społeczeństwo), ani też czas nie jest na to dobry, jak pokazuje przykład Chorwacji. Rozmawiać o euro zawsze można i warto, byle bez emocji, ale konkretne decyzje odłóżmy na lepsze czasy.

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej

NAJNOWSZE