Polskim kibicom piłkarskim Szwedzi dotychczas kojarzyli się jak najgorzej. Pomijając nawet ostatnie Euro 2020 i bolesną porażkę pozbawiającą Biało-czerwonych szans na wyjście z grupy. Wiele osób pamięta, jak w Chorzowie Jerzy Brzęczek biegnąc przez pół boiska próbował dogonić Fredrika Ljungberga... Nie dogonił. Później były jeszcze chociażby feralne eliminacje mistrzostw Europy 2004. Szwedzi nie tylko dwukrotnie pokonali Polaków, ale – na dokładkę – sensacyjnie przegrali u siebie ze słabą Łotwą. Ta niespodziewana porażka Trzech Koron była gwoździem do trumny Biało-czerwonych, którym nic nie dało zwycięstwo w równolegle rozgrywanym meczu na Węgrzech.
Dziękujemy
Te wszystkie traumy z przeszłości we wtorek wyleczył zespół prowadzony przez Czesława Michniewicza. Selekcjoner objął zespół w trybie awaryjnym po skandalicznym zachowaniu Paulo Sousy, który w grudniu zostawił naszych piłkarzy na lodzie. Michniewicz – jak sam przyznał – ustawienie na mecz ze Szwecją ćwiczył z piłkarzami przez zaledwie trzy dni. I to także nie z wszystkimi bo chociażby Robert Lewandowski i Kamil Glik zmagali się na zgrupowaniu z urazami i nie mogli normalnie trenować.
Pomimo przeciwności losu obaj liderzy zespołu wystąpili w finale baraży, a Michniewicz jako pierwszy polski selekcjoner od czasów Kazimierza Górskiego i mistrzostw świata w 1974 potrafił wygrać ze Szwedami w meczu o stawkę. Do selekcjonera i piłkarzy zewsząd napływają obecnie gratulacje. Ja dodałbym jeszcze jedno słowo: „Dziękuję”.