Wokół panowała ciemność, nieco tylko łamana przez szarzyznę wdzierającą się do pomieszczenia przez trzy duże otwory okienne. Mężczyzna rozsunął zamek błyskawiczny worka-mumii pełniącego funkcję kołdry i sięgnął po stojące nieopodal buty z długą cholewą.
Niezawodny polski karabinek
Drugą ręką – dla uspokojenia samego siebie – dotknął rękojeści 5,45 mm karabinka wz. 1988 Tantal, pod którego lufą podwieszony był 40 mm granatnik Pallad. Nie miał pojęcia, skąd w brygadowym magazynie uzbrojenia wziął się ten polski sprzęt, ale za to doskonale zdawał sobie sprawę, że broń jest o wiele lepiej wykonana i bardziej skuteczna niż jej rosyjski, a właściwe jeszcze sowiecki pierwowzór, który był także w powszechnym użyciu. Jedyny kłopot z tym „gwerem” polegał na tym, że chcąc wsunąć granat w lufę wyrzutni, należało odpiąć magazynek z nabojami. Dwudniowy trening pozwolił mu jednak opanować ową czynność perfekcyjnie, więc już nawet nie miał żalu do konstruktorów z radomskich Zakładów Metalowych „Łucznik” o ową niedoróbkę. Broń dawno wycofano ze służby w polskiej armii, toteż nikt nie zawracał sobie głowy jej udoskonalaniem.
Wprawnie zawiązał sznurowadła żołnierskich trzewików, nałożył kurtkę mundurową i chyłkiem zbliżył się do okna, przy którym czuwali dwaj mołojcy. Po chwili rozpoznał ich twarze i dostrzegł otwarte ze zdziwienia oczy, żołnierze bowiem sądzili, że dowódca plutonu jeszcze śpi. Gdzieś z oddali dobiegał dźwięk pracującego rotora śmigłowca, zapewne źródło jego przedwczesnej pobudki, ale podporucznik był już całkowicie uspokojony, zmiana bowiem czuwała należycie. Trudno, by było inaczej, gdyż wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę, że przebywają w „betonowym Serengeti”.
Albo jesz, albo jesteś zjedzony
„Betonowe Serengeti” – jak w plutonie szturmowym, dowodzonym przez Oleksandra – nazywano północno-wschodnią część Kijowa, jeszcze się nie obudziło. Nazwa wzięła się stąd, że kilka dni wcześniej celowniczy karabinu maszynowego PK (PK – skrót od rosyjskiej nazwy pulemiot Kałasznikowa) nie otworzył ognia do zabłąkanej i gwałtownie wycofującej się z zagrożonego rejonu rosyjskiej ciężarówki Kamaz. Domorosły „samarytanin”, wezwany po zajściu przed oblicze młodego oficera, tłumaczył się, że wraży pojazd był bezbronny, więc nie miał sumienia do niego strzelać. W odpowiedzi usłyszał, że nie jest na imieninach u cioci Alisi, ma samodzielnie niszczyć wykryte cele, jego przemyślenia nikogo nie interesują, a poza tym nieborak dowiedział się, iż na wojnie jest niczym na równinie Serengeti, gdzie albo jesz, albo jesteś zjedzony. Otaczające ich rumowisko dawnych domostw trudno było porównać do zielonej sawanny, więc ktoś dodał przymiotnik „betonowe” i tak powstała ta szczególna nazwa terenu, na którym ukraińscy spadochroniarze byli niebezpiecznymi drapieżnikami.
Drapieżnicy noszący trójząb na rękawach uniformów polowali na innych drapieżników – czołgi ze wstęgą św. Jerzego na burtach. Do tej pory zniszczyli lub poważnie uszkodzili ich już prawie tuzin i wszystkie należały do elitarnej, 4. Kantemirowskiej Dywizji Pancernej Gwardii. Rosyjscy czołgiści, nie wiedzieć czemu, samowolnie wjeżdżali w teren zurbanizowany bez osłony z powietrza i wsparcia pododdziałów piechoty. Pierwotnie lekko uzbrojeni ukraińscy desantowcy sądzili, że podobna taktyka ma ich wciągać w zasadzki, ale później – już po spaleniu pierwszych maszyn – zrozumieli, iż przeciwnik naciera bez żadnego planu, chaotycznie, a jego ugrupowanie bojowe jest poszarpane i pełne luk.
Prysł mit rosyjskiej sztuki operacyjnej
Pierwsze sukcesy dodały wszystkim pewności siebie i kolejne zasadzki przygotowywano coraz lepiej, co pozwoliło przejąć plutonowi inicjatywę. Żaden z żołnierzy nie został ranny, stąd morale stało na najwyższym poziomie. Raz w tygodniu cofali się na drugą stronę Dniepru, aby wypocząć, wykąpać się, zmienić odzież i obsłużyć sprzęt. Podczas pobytu w lewobrzeżnej części stolicy kraju Oleksandr był wzywany do sztabu batalionu, gdzie meldował sytuację taktyczną, opowiadał o sposobach działania przeciwnika oraz przekazywał zdobyte na jeńcach mapy i szkice. Po wysłuchaniu podporucznika poszczególnie komórki planistyczne wypracowywały decyzje, a oficer dowodzący wydawał dokumenty rozkazodawcze do dalszej walki.
Walka była zacięta, a przeciwnik stosował metody barbarzyńskie. Moskiewscy sołdaci, którzy jeszcze podczas lutowej koncentracji budzili ogólnoświatowy popłoch, całkowicie nie radzili sobie ze zdeterminowanymi obrońcami, dlatego zaczęli dokonywać zbrodni wojennych, paląc, grabiąc, gwałcąc i mordując. Kompletna ignorancja najwyższego kierownictwa kremlowskiej armii doprowadziła do tego, że ofensywa ugrzęzła. Gdzieś prysł mit nowoczesnej rosyjskiej sztuki operacyjnej, według której doraźnie formowane batalionowe grupy taktyczne, miały dysponować taką siłą ognia i manewrowością, że wykonanie stawianych przed nimi zadań nie powinno nastręczać żadnych trudności. Ukraińskie wojska zetknęły się z tradycyjnym pancernym walcem poprzedzonym nawałą artyleryjską, a nie z nieszablonowymi działaniami.
Nieprzyjęcie przez Kijów bitwy granicznej i wpuszczenie rosyjskich związków taktycznych w głąb kraju doprowadziło do tego, że wojska ukraińskie nie zostały rozbite, a przeciwnik zaczął borykać się z poważnymi kłopotami logistycznymi. Niebotycznie rozciągnięte linie zaopatrzenia kremlowskich siepaczy stały się łatwym celem dla broniących swojej ojczyzny, a zniszczenie ciężarówki z paliwem jest łatwiejsze niż destrukcja czołgu. Dodatkowo, pozbawiony oleju napędowego wóz bojowy staje się nieruchomą i bezwartościową kupą stali, a jego załoga może tylko porzucić pojazd i oddać się w niewolę. To wszystko stało się możliwe, ponieważ napastnik nie uzyskał całkowitej dominacji i komfortu w powietrzu.
Śmigłowce spadają jak ulęgałki
Komfort w powietrzu odebrały rosyjskim pilotom produkowane pod Tatrami, przenośne przeciwlotnicze zestawy rakietowe Piorun. To one spowodowały, że śmigłowce spadały z nieba jak ulęgałki, a nowoczesne tanki T-80U poruszały się bez osłony, co umożliwiło ich skuteczne niszczenie ręcznymi przeciwpancernymi pociskami kierowanymi FGM-148 Javelin. Lekkie trzydziestoosobowe plutony poruszające się szybkimi samochodami były w stanie atakować ślepe i bezradne w mieście czołgi. Wbijających się w strop wieży rakiet nie mógł zatrzymać nawet najtwardszy pancerz. Śmierć kolegów powodowała frustrację innych załóg, więc przypadki porzucania kilku jednostek sprzętu przez ich obsługi nie należały do rzadkości.
Źle dowodzonej, głodnej, odzianej w drelichy i obutej w gumofilce żołdackiej ćmie nie pozostało nic innego, jak maltretować miasta ogniem rakietowym. Tysiące pocisków zdewastowały infrastrukturę krytyczną metropolii, a bezwzględny najeźdźca liczy na to, że wiosenne ocieplenie przyniesie rozwój bakterii i wybuch zarazy. Podobny rozwój sytuacji zwiastuje niewyobrażalne cierpienia ludności cywilnej, której nie zdołano ewakuować z oblężonych i bombardowanych miejscowości.
Morza ruin i płomieni bronią niewielkie grupy żołnierzy, które stosują taktykę unikania bezpośredniej konfrontacji, ale skutecznie zwalczają jeżdżące po ulicach wrogie kolumny. Plutony takie jak Oleksandra są wszędzie i one powodują popłoch w szeregach atakujących. Tam nikt nie oczekuje ani też nie okazuje litości, warunkiem przeżycia bowiem jest eliminacja przeciwnika. Takie zasady panują na terenie „betonowego Serengeti”.
Howgh!
Autor jest emerytowanym oficerem wojsk powietrznodesantowych. Samotnik. Nałogowy kawosz i czytacz politycznych newsów. Imię i nazwisko do wiadomości redakcji.