Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Tȟašúŋke Witkó,
16.03.2022 21:51

Atak na obiekt specjalny

Stary hangar nie dawał praktycznie żadnego schronienia. Powybijane szyby w poddachowych świetlikach nie były w stanie zatrzymać hulającego przenikliwego wiatru, który bezlitośnie przewiewał odzież i docierał do każdego zakamarka ciała. Wzmocniona kompania, wydzielona z batalionu powietrznodesantowego, bytowała w zdewastowanym budynku już czwartą dobę, a wyczekiwany samolot wciąż nie nadlatywał. 

Pododdział stanowiły trzy etatowe plutony szturmowe, dwie obsługi 82 mm moździerzy 2B14 Podnos wraz ze sprzętem, jeden działon z granatnikiem przeciwpancernym SPG-9 i drużyna saperów. Tuż przy szerokich wrotach budynku na grubych tekturowych platformach leżało kilka dużych pakunków, starannie umocowanych siatką z taśm i szczelnie okrytych brezentem. Na każdym ze stosów pieczołowicie ułożono walcowate paczki składające się na system spadochronowy, którego zadaniem będzie wywleczenie tary desantowej z pokładu statku powietrznego, a następnie zapewnienie jej bezpiecznego opadania aż do ziemi. Nikomu nie wolno było się zbliżyć do hałdy, wokół której leniwym krokiem podążał pilnie jej strzegący uzbrojony wartownik. Szczerze mówiąc, nie było nawet chętnych, aby przyglądać się owemu ładunkowi, wszyscy bowiem wiedzieli, że znajdują się tam materiały wybuchowe i zapalniki skrupulatnie upakowane przez minerów, więc obcowanie z czymś takim do bezpiecznych nie należało. Nikt nie chciał się narażać przedwcześnie, tym bardziej że rosyjskich spadochroniarzy czekał nocny atak na obiekt specjalny.

Opóźnienie

Atak na obiekt specjalny był szczegółowo opracowany i zwariantowany. Za jednym z lotniskowych budynków zbudowano prowizoryczną makietę mostu, który kompania miała opanować i utrzymać aż do czasu podejścia własnych czołgów. Lejtnant dowodzący akcją omówił szczegóły operacji z dowódcami plutonów, a ci wprowadzili w sytuację swoich dowódców drużyn i postawili przed nimi zadania.

Szeregowym żołnierzom precyzyjnie wskazano miejsca, jakie mają zająć po domarszu do rejonu i kilkukrotnie wyrywkowo sprawdzono znajomość czynności, które powinni wykonać. Całość przygotowań zakończono kilkadziesiąt godzin wcześniej, ale załadunek wciąż się opóźniał i nikt nie potrafił podać przyczyny.

Przyczynę znał tylko jeden człowiek – sprawujący nadzór nad całym przedsięwzięciem kapitan z komórki operacyjnej batalionu. On wiedział, że pułk czołgów, który ma przekroczyć zdobyty przez spadochroniarzy most, utknął gdzieś po drodze z braku paliwa. Zresztą nie tylko ten oddział borykał się z wielkimi kłopotami przy zajmowaniu rubieży wskazanych w harmonogramie operacji ukraińskiej. Zewsząd docierały informacje o niepowodzeniu moskiewskich związków taktycznych i zaciekłym oporze Ukraińców. 

Skalę panującego bałaganu najlepiej opisywała sytuacja sprzed kilku godzin, kiedy dowieziono do hangaru zupę, ale ta okazała się niezdatna do spożycia, gdyż uszczelki w kotłach-termosach sparciały ze starości i gorąca strawa zamieniła się podczas transportu w bryłę lodu. Głodne wojsko skrycie wyjadało otrzymane na czas walki suche racje żywnościowe, a dowódcy – w obawie przed narastającym niezadowoleniem – udawali, że tego nie widzą. 

Instruktorzy spadochronowi doskonalili poszczególne drużyny z techniki oddzielania się od pokładu, czynności w powietrzu i przyziemienia. Wiedzieli, że zrzutowisko jest bardzo krótkie, dlatego istniało duże prawdopodobieństwo, iż część skoczków wyląduje na drzewach lub dachach okolicznych budynków, a to znacznie zwiększało prawdopodobieństwo powstania urazów i kontuzji. Dodatkowo, trenujący intensywnie zrzutkowie nie mieli czasu na narzekanie oraz szeptanie po kątach i każdemu z nich było też cieplej. Wszyscy, od kapitana po ostatniego szeregowego, tęsknie oglądali niebo, wypatrując przybycia potężnego transportowca.

Przelot

Transportowiec przybył wreszcie w środę, już po zapadnięciu zmroku. Ił-76 MD wylądował na pasie i podkołował w pobliże budynku. Załoga opuściła rampę załadowczą i wyznaczona grupa – pod kierunkiem instruktora pokładowego – zaczęła wciągać sprzęt do przepastnego kadłuba podniebnego kolosa. Dowódca samolotu, energiczny major w łatanym chałupniczo, wytartym kombinezonie lotniczym, udał się do kąta, gdzie dowodzący pododdziałem miał swoje polowe stanowisko pracy. Porucznik z kapitanem powitali gościa, chwilę z nim porozmawiali, wskazali coś na mapie i wszyscy rozeszli się do swoich czynności. Dowódca kompanii wydał kilka komend i w hangarze natychmiast podniósł się rejwach.

Rejwach trwał około dwóch godzin, aż ostatni skoczek założył spadochron i przymocował zasobnik oraz broń. Długi rząd spadochroniarzy ustawiono według wagi i kazano ładować się do samolotu począwszy od najlżejszego, a to dlatego, by ci ważący najwięcej i opadający najszybciej wyskoczyli jako pierwsi, co zminimalizuje ryzyko wzajemnego wpadania na siebie w powietrzu. Ostatni wszedł na pokład kapitan-sztabowiec i zajął miejsce tuż przy bocznych drzwiach w burcie iła.

Ił grzał silniki kilka chwil, po czym nabrał rozbiegu i wystartował. Oficer oglądał odrapane poszycie wnętrza kadłuba i zastanawiał się, jakim cudem ta zmaltretowana kupa niedbale nitowanych blach jeszcze lata? Karabinek AKS-74 miał przypięty skośnie na piersi pod spadochronem zapasowym i raz po raz musiał go poprawiać, aby nie uderzyć brodą o pokrywę komory zamkowej. Z podziwem patrzył na celowniczego karabinu maszynowego RPK-74M, który dzielnie walczył z o wiele dłuższą i bardziej nieporęczną od kapitańskiej bronią. Wreszcie, po dwugodzinnym locie, nad bocznym włazem zapaliło się pomarańczowe światło.

Pomarańczowe światło oznaczało przygotowanie do skoku. Wszyscy wstali z siedzisk, a instruktor pokładowy otworzył drzwi. Pęd powietrza wdarł się do środka, po chwili zieleń zastąpiła pomarańcz i dał się słyszeć okrzyk: „Poszedł!”. Desantowcy zaczęli wyskakiwać z boku, a platforma ze sprzętem zjechała tylnym lukiem. Na koniec w czarnej czeluści zniknął ostatni szeregowy, a po nim wyskoczył kapitan. Po oddzieleniu od podkładu podkulił energicznie nogi, przycisnął mocno łokcie do ciała, a broda powędrowała do klatki piersiowej. Opadając na stabilizatorze, głośno odliczał: „521, 522, 523!” i pociągnął uchwyt wyzwalający czaszę spadochronu głównego.

Koniec akcji

Czasza spadochronu głównego napełniła się prawidłowo, oficer rozejrzał się wokół, po czym spojrzał w dół i jego serce zamarło. Zamiast spodziewanego kilkukilometrowego piaszczystego pasa terenu otoczonego drzewami dostrzegł na ziemi mnóstwo świateł. Już wiedział, że w typowym wojskowym bałaganie ktoś się pomylił i zrzutu dokonano w niewłaściwym miejscu. 

Widział pozostałych skoczków opadających obok niego i pojął, że czeka ich tragiczny los. Mordy rosyjskich żołdaków, dokonywane na ukraińskiej ludności cywilnej, odbiły się szerokim echem, toteż przypuszczał, że i dla nich żadnej litości nie będzie. Z ziemi zaczęły dobiegać odgłosy strzałów i kapitan zrozumiał, że wszyscy wylądują w rejonie zajętym przez jakieś silne zgrupowanie wojskowe przeciwnika. Przeklinając w myślach planistów, zwolnił zasobnik, który odpadł w dół na długiej linie, uderzył o podłoże, a zaraz po nim spadochroniarz dotknął nogami gruntu. Snopy świateł z wojskowych samochodów oślepiły kremlowskich sołdatów, którzy i tak nie mieli zamiaru podjąć walki. Wszyscy wyplątywali się z uprzęży, porzucali broń i unosili ręce do góry. 

Głodne, wycieńczone wojsko nie chciało ginąć na obcej ziemi. Kompania poddała się bez wystrzału i nasz bohater uczynił to samo. Pomyślał, że może uda mu się przeżyć, a Putin z Szojgu niech sobie zdobywają jakieś mosty, najlepiej osobiście prowadząc atak na obiekt specjalny.

Howgh!


Autor jest emerytowanym oficerem wojsk powietrznodesantowych. Samotnik. Nałogowy kawosz i czytacz politycznych newsów. Imię i nazwisko do wiadomości redakcji.
 

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej

NAJNOWSZE